Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
czyńmy dobro! \,,/,





Montrez-moi tes seins!

20. Przystanek Woodstock przeszedł już wprawdzie do historii, trzeba więc szybko zanotować małe (?) co nieco, żeby nie przeszedł także do niepamięci. Chociaż – czy to w ogóle możliwe?
Tym razem wyjazd okazał się paradoksalny, poliglotyczny, gunwiany i burżujski. I każde z tych określeń jest – wbrew pozorom – pozytywne. Już wyjaśniam. Paradoksalny, bo choć to mój najdłuższy Woodstockowy wyjazd, to jednak odnoszę wrażenie, że minął jeszcze szybciej niż wcześniejsze, a mimo iż wydawało się, że ludzi jest mniej niż w latach ubiegłych, okazuje się, że nie mieliśmy racji w naszych szacunkach. Nie mówiąc już o tym, że nie udało mi się spotkać prawie z nikim, z kim się umawiałam, za to udało się kilka niespodzianek. No i to ja wypatrzyłam w tłumie Ejsida, podczas gdy on nadal mnie nie pamięta :P Poliglotyczny, bo mój czynny słownik obcojęzyczny poszerzył się o francuskie: Montrez-moi tes seins, estońskie: Näita tissi oraz, również estońskie: Terviseks! Z poliglotyzmem wiąże się też nocne poszukiwanie Estonek z Kubą i Szynkiem (ech, na co się to kobieta nie zgodzi, żeby zrobić dobrze mężowi), zakończone znalezieniem… Estończyka, który pokazał nam cycki i udowodnił, że mówimy po estońsku zrozumiale. Wiemy też już z Chmurą, jak po niemiecku powiedzieć „zapitka”. Otóż jest to słowo bardzo proste i brzmi dość polsko: zagunwo. I tu dochodzimy do gunwianości tegorocznego wyjazdu. Bo odkąd pojawili się Chmura z Olgą, pojawiło się też gunwo w każdej odmianie, a wraz z nim kupa (gunwo?) śmiechu, głupich odzywek i Olga, który pierścionek zaręczynowy tam, gdzie gunwo właśnie. Natomiast burżujskość (nie mylić z burżuazyjnością) polegała na codziennym jedzeniu czegoś w gastro – to znak, że naprawdę się starzeję, chociaż się do tego nie przyznaję, zakupach innych niż w siemashopie i kąpieli za 7 zł. No i jak inaczej można nazwać jedzenie kaszy kuskus z fasolką, szaszłyków, bananów z czekoladą na ciepło albo picie zimnego miłosława tudzież whisky z lodem? Ano właśnie.
Życie pod plandeką płynęło piwem i wódką, w tle z mrożonym szpinakiem, grami wszelkiej maści, wigwamami i kącikiem poetyckim, którego nie mógł znieść Angol. Ale żeby plandeka musiała zaistnieć, najpierw Sąsiadka, Izajasz, Siur i Angol musieli naprawdę się natrudzić, a mi, Pice i Wiśni pozostało tylko dołożyć troszkę rżnięcia i wykopywania skarbów. I, szczerze mówiąc, wolę kopać niż rżnąć, a najbardziej lubię wszystkim robić dobrze psikaczem ;P  A wracając do plandeki – tylko parę razy musieliśmy ratować ją i swoje suche głowy poprzez wkręcanie żarówek, zwłaszcza po to, żeby później Angol i Masło mogli pić czaczę ze spryskiwacza, Chmura mógł udowadniać, że istnieje chuj Wacława…, a nie, sorry, Tomasza, Izajasz mógł szaleć i robić pogo, dziewczyny mogły pić Jägermeistra, na którego rzekomo wybrali się faceci, pan Kogut mógł nas karmić szynką turystyczną, Masło mógł momentami zmieniać orientację seksualną i żeby Angol mógł mieć deszczówkę tu i ówdzie, a nawet tam, gdzie gunwo.
Jednak nie zawsze było tak wesoło. Tragiczne okazało się południe, kiedy Angol poronił murzyński płód, którego resztki walały się w Brudnicy Walcowniku prawie do końca Woodstocku. Albo wieczór, kiedy Młody próbował rozłożyć namiot, którego się bał, nadmuchać materac, na którym leżał i zadzwonić do Siura w pozycji skeletonisty. Poza konkurencją był też tragiczny podryw na pomidory ;p
Ale żeby nie było tak smutno i poważnie, może wspomnę o woodstockowych spacerach.  Raz skutkowały one błyskawicznym umyciem głowy i to bez własnego szamponu, raz śmiechaniem z pęku z Jezusem i Marią Magdaleną, raz warsztatami bębniarskimi, to znów jogą śmiechu, innym razem pedałowaniem i oglądaniem rozpoczęcia Woodstocku z diabelskiego młyna, a jeszcze innym – dojeniem krowy i wypiciem zimniutkiego mleka czy najinniejszym, kiedy urządziliśmy z Szynkiem zawody w zbieraniu przybitych piątek tak skutecznie, że byli tacy, którzy zamiast przybijać nam piątki, zaczęli z nami konkurować. Spacer do tojów z Pielą i Pawłem zaowocował takim śpiewem ulgi, że nie zapomnę, jak plażą szły zakonnice… :D  Natomiast spacer do wioski piwnej z Siurem, Mańkiem i Wiśnią przyniósł między innymi historie o MMA (ememema, ta ti rititi, ememema, ta tiri ti!), moją ulubioną anegdotkę o piciu z Guano Apes, podzielenie się żulerską mądrością życiową, rozmowy o antykałach ze stoperanami w uszach i stwierdzenie, że moje uwielbienie dla Mańka nigdy się nie skończy (potwierdzone zwłaszcza gdy zobaczyłam, jak Maniek walczył, żeby się nie rozpłakać, kiedy publiczność dziękowała pokojowemu patrolowi za akcję pod sceną i Jelonkowi za przerwanie koncertu).
Muzycznie może nie będę się zbytnio rozpisywać, bo zrobił to już Gżeśó i Izajasz, wspomnę tylko, że koncert Ska-P był jednym z najbardziej pozytywnych, energetycznych i fantastycznych koncertów, na jakich byłam w życiu, Jelonek jak zwykle dał czadu, chociaż jakoś taki krótki był ten czad, myślenicki The Bastard dobrze poradził sobie na scenie i skutecznie rozruszał publikę, która była naprawdę spora, pierwszy raz słyszany przeze mnie Enclose szybko poderwał nas (Masło, Piczkę i mnie) do zabawy, a jak tak sobie myślę, to fajnie było psioczyć z Szynkiem na Beznerka i wymyślać coraz to nowe groźby, żeby przegonić go ze sceny ;)
To chyba tyle ode mnie. Oczywiście bardzo dziękuję wszystkim mieszkańcom naszej ekipy Brudnica Jebie Walcownik za najfantastyczniejsze, najmilsze, najlepsze towarzystwo. Nawet nie wiecie, jak bardzo już mi Was brakuje i jak bardzo doceniam to, że chociaż nie dorównuję wam fantastycznością, poczuciem humoru i fajnym charakterem, zawsze mogę na Was liczyć! Sąsiadko, Izajaszu, Siurku, Angolu, Masło, Młody, Piczku, Wiśniu, Gżeśó, Pielusiu, Pawle, Szynku, Kubo, Chmurko, Olgolgolgolgo, Dziwadełko, Żandarmie, Grizzly, Monix, Jezusie, Mario Magdaleno, Dzióbku, Dżordżu i Aniu – DZIĘ – KU – JĘ! Uwielbiam Was i już za Wami tęsknię!

PS Co to jest: różowe i się kręci?
PS2 Czego dużo ma Angol?


szczur 4/08/roku pańskiego 2014 21:41:57 [komentarzy 0] dorzuć coś od siebie

Pytam.

Co się ze mną stało?

 

Siur, przylatuj.


szczur 14/06/roku pańskiego 2014 09:24:54 [komentarzy 1] dorzuć coś od siebie

Takie, o , podsumowanie.

Pora rozliczyć się za 2013 rok. Nigdy tego nie lubiłam, nie widziałam w tym większego sensu. Ale w tym roku poczułam, że muszę! Niby nie wydarzyło się wiele. Rzuciłam szkołę, zaczęłam pracę jako logopeda. Ale pewni ludzie nawet nie wiedzą, że gdyby nie oni, niewiele ze zmian miałoby dla mnie  sens.
Zacznijmy do grudnia 2012. Gruby zaprasza mnie i Piczę na coroczną imprezę. Czujemy się nieswojo, nie za bardzo chcemy iść do bardzo mało znanego mężczyzny, do jeszcze mniej znanych ludzi, no ale w sumie trzeba docenić zaproszenie i się pokazać chociaż na chwilę, żeby nie było. I wiece co? W tym roku, kiedy Gruby powiedział, że nie robi tradycyjnej imprezy, nogi się pod mani ugięły. Jak to? JAK TO? Kto przyniesie Markowi kanapki z szynką, serem i banana na deser?!
Brudniczanie pewnie nie za bardzo wiedzą, jak bardzo są dla mnie ważni. Ale przez ten rok naprawdę z tygodnia na tydzień sympatia, jaką ich darzyłam i więź, jaka mnie z nimi łączyła zacieśniała się coraz bardziej. Tym bardziej, że ten, kto mnie zna, ten wie - absolutnie nie mam talentu do nawiązywania nowych znajomości i wbijania się towarzystwo. Myślałam zawsze: studia się skończą, Kołki wrócą na Śląsk, tudzież znajdą tam pracę, w skrajnych przypadkach – wylecą gdzieś za granicę, a ja zostanę w Brudnicy, zdana na łaskę nielicznych znajomych z Krakowa i okolic. Uschnę, zdechnę, zginę śmiercią gorszą niż krzesło czy szubienica. Bo któż widział umierać z nudów? Wiadomo - szczur bez ludzi nie żyje, nie istnieje i usycha jak byle żyjątka na pustyni. Dlatego koniec studiów jawił mi się nie jako koniec  kolejnego etapu w życiu, ale jako koniec życia towarzyskiego, więc w dużej mierze koniec życia w ogóle.
I nigdy, ale to przenigdy w życiu nie pomyślałabym, że właśnie ludzie, którzy przepadli przeze mnie w Warszawie na koncercie Slipnknota,  wetchną spontaniczny powiew do szczurzego życia i sprawią, że jednak na obowiązkach  wszystko się nie skończy. I tak Gruby stał się moją wygodną poduszką, doradcą filmowym i osobą, na którą absolutnie się nie gniewam, kiedy mówi do mnie czasami per „Marzenka”, za co niektórym jestem gotowa porządnie przydzwonić w zęby albo inne pożyteczne organy. Skorut to chuj, ale w czopce, i nawet przyznaje, że lubi Depeche Mode. I dzielnie nie zasypia, kiedy chcemy mu ogolić brew! Burżuj, moja prywatna osobista kreatura mody, jest zawsze pociechą gawiedzi i źródłem nieśmiertelnych cytatów. A Masło dobrze wie, że gdyby nie on, to w życiu nie poznałabym Brudniczan, pewnie zgniłabym w domowym kącie, zjedzona przez szczury, nie wspinając się na lambdę, nie widząc na oczy Zielonej Góry, nie pijąc Miłosława i nie wiedząc, co to Magia i Miecz. Że uwielbiam jego "cześć, Młoda", telefony, które zaczynają się od: "co robisz za pół godziny?"  i absolutnie bezproblemowe podejście do świata. Dlatego życzę jak najlepiej moim wieśmenom, którzy są świetni, co nie znaczy, że zapominam o ludziach, z którymi mogłam przeżyć fantastyczne chwile! O Piczy, która wnosi w moje życie nie tylko mega długie suchary, ale też radość życia, spontan, nieogar i kupę śmiechu. O Żonie, która mam nadzieję, że wie, iż bez niej pewnie już by mnie tu nie było. O Gosi, która nigdy nie skończy zaskakiwać mnie siłą charakteru i odwalonymi akcjami. O Joannie Joannie, która rozumie ten niezrozumiały nawet dla mnie jeden z bardzo ważnych aspektów życia.  O Tacie i Mamie, tudzież Izajaszu i Sąsiadce, dzięki którym udało się w pełni zaliczyć Seven Festival, podróż dookoła świata i którzy dzielnie robili mi zupki na Woodstocku ;) O Siurze i Angolu, którzy pokazali mi piękny kawałek Anglii, raczyli pysznymi potrawami i kawą ze starbaksowego kubka i sprawili, że pokonałam niewiarygodny strach, o wiele większy, niż ten, który przeżyłam, skacząc na bungee. O Dziwadle, na które zawsze można liczyć na koncertach i papierosach i którą można w nieskończoność patrzyć na gwiezdny pył. O Wiśni, przy której nie muszę udawać zdrowej psychicznie. O Protegowanym, z którym ilość wypowiedzianych słów jest odwrotnie proporcjonalna do więzi, która jest między nami. O Gżeśó, którego ramiona są zawsze otwarte, nawet gdy zapierdalają na perkusji. O Młodym, którego zdjęcie do dziś mam w portfelu i nie zamierzam wyrzucać. I jeszcze mogłabym tak wymieniać i jeśli tylko znajdę czas i ochotę, to wymieniać będę, bez dwóch zdań!
Dziękuję Wam wszystkim, bo naprawdę, gdyby nie Wy, to kto wie, co by się ze mną działo.
Z całego szczurzego serca życzę Wam jak najlepiej!


szczur 23/12/roku pańskiego 2013 00:24:20 [komentarzy 1] dorzuć coś od siebie

Oooo, jedziemy!

Dobra, co by tu?; Odkąd o mało nie powiedziałam do mamy "pierdolę, dupcę", siedzi mi w głowie to, że muszę, MUSZĘ w końcu coś napisać. I nawet wiadomo, co.
Woodstock. Bo jest najświeższy. Chociaż już i tak nie pierwszej świeżości.
Otóż – bałam się, że niepełna ekipa i dotychczasowa niezachwiana genialna woodstockowa passa spowodują w końcu jakąś wielką zapaść i kryzys kostrzyński. Nic bardziej błędnego! Ten Woodstock należał do moich najaktywniejszych mimo jednego dnia wyciętego na zdychanie od przegrzania. Było turlikanie, kulturalne i przekrojowe smakowanie win (tzw. wertykalny przekrój półkowy), pomylenie plandek, spontaniczne zdjęcia "na mokro” chwilę po tym, jak jeden z najmłodszych woodstockowiczów postanowił pobawić się w straż pożarną i sprawiało mu to ogromną radość, gra na największym bębnie na świecie, bitwa na kolory, w efekcie której zostałam różową smerfetką, ścianka, kolejny rekord guinnessa, granie w Misiu Łapie - zostałam jednodniowym mistrzem!, ba, nawet w końcu udała się kąpiel błotna, która okazała się nie tak bardzo błotną! Mieliśmy nieoczekiwanych gości, takich jak Majster czy Szwed (Angol: Cześć Szczur, to jest Szwed. Rozbije się z nami. Szczur: Cześć Szwed, jestem Szczur. Szwed patrzy. Angol: To prawdziwy Szwed, nie rozumie po polsku.) Podczas około godzinnej lekcji szwedzkiego nauczyłam się aż dwóch słów w tym języku, niestety nie na tyle biegle, żeby powiedzieć Młodemu, że wcale nie biegał nago pierwszej nocy, nie ocierał się o karimatę Walczaka i nie udawał Marit Bjørgen. Na całe szczęście ludzi z Ełku szukaliśmy po Polsku i koniec końców po kilku dniach ich odnaleźliśmy, ale tylko dzięki och krzykliwym koszulkom, których widok od razu przywodził na myśl odgłos fok (dla niewtajemniczonych: Ełkełkełkełk brzmi bardzo foczo!). Swoją drogą miłe były focze reakcje sąsiadów na nasz widok, natomiast do dziś nie została rozwiązana zagadka – która z kołkowych dziewczyn chodziła bez majtek w sukience? xD Do dziś też nie wiemy, kto podpierdzielił naszego arbuza, którego Masło tak dzielnie taszczył z miasta. Choć odzew na nasz gończy plakat był naprawdę duży i solidarność woodstokowiczów ogromna, nie udało się odnaleźć sprawcy. Na całe szczęście była to jedyna kradzież w tym roku, nie licząc mojego zagubionego w akcji kubeczka. Poza tym ostatniego wieczora, przy dźwiękach Czajkowskiego, których nie powstydziłyby się żadne dziwkujące banse, odwiedziła nas Angolina Żuli, a tata tańczył brejkdensa na plecach. Angolina (z jednym sutkiem!), kiedy już podjęła próby uduszenia każdego z wytrwałych, została zdetonowana przez pogromcę cycków, Grizzly’ego. Na nasze nieszczęście zdetonować Czajkowskiego się nie dało, więc na zmianę słuchałam tej „muzyki”, jęków Gżeśa, Izajasza, Angola i Żandarma, i oglądałam na telebimie albo dupy, albo cycki. Natomiast nieogar Piczy był ogromny, ale Żona pobiła ją całkowicie, a punkt kulminacyjny nieogaru nastąpił po spożyciu w zaciszu międzynamiotowym miodu pitnego. Chyba dostanie jakąś statuetkę nieogarową, jak już ogarnę :P
A teraz ciut o muzyce. Pierwszy koncert, Koniec Świata, świetny był on był. Ale to Kabanos sprawił, że szczęka opadła mi aż do błotnisto-piaszczystego podłoża. Po trzeciej piosence nie miałam już siły w tym upale skakać i drzeć się w niebogłosy jednocześnie, ale przecież nie mogłam stać i gapić się jak wół. Energia niesamowita, a uczucie, kiedy połowa publiki śpiewa jednym głosem – bezcenne! Projekt Hunter też bardzo rozruszał publiczność. Nic dziwnego – taki dobór repertuaru nie mógł przejść bez echa. A reszta… Ja, mmm, chyba ściebie oczywiście pozytywnie, Chassis, na którym znalazłam się przypadkiem, zaskoczył mnie bardzo na plus, a poza tym może sprawy muzyczne przemilczę. No, może poza tym, że przespałam Marię Peszek, Jezus Maria, nie ogarnęłam :D A piczo-maślano-szczurzym hitem została piosenka: Kaman bejbe, fajt maj lajer! także w wersji: Kaman bejbe lajt Tetmajer!
O wiele bardziej owocne były spotkania z nieoczekiwanymi ludźmi – Klaudynką i jej bratem (to koleżanka mojej najmłodszej siostry!), Samarasem, Zioberem czy… Kudłatym! Kudłatego w życiu, ale to w życiu się nie spodziewałam pod flagą Brudnicy Walcownika i w sumie trochę mi głupio, że przyszedł akurat w dniu, w którym moje myślenie było już dość powolne, bo do porannego, liofilizowanego i najwcześniejszego woodstockowego śniadania postanowiliśmy z Masłem wypić nie tylko piwo, ale też wino. A potem drugie. No trudno.
Tak czy inaczej: ludzie, ale to było dobre! Nie ma lepszego miejsca, nie ma lepszych ludzi, nie ma fantastyczniejszej wioski, niż nasza! Dziękuję Wam bardzo, bardzo, a nawet bardziej!

PS Śniło mi się niedawno, że jeszcze tylko tydzień do Woodstocku…


szczur 22/08/roku pańskiego 2013 11:14:19 [komentarzy 0] dorzuć coś od siebie

Szach mat!

Korzystając z okazji, iż NAPRAWDĘ mam wolne, postanowiłam co nieco wspomnieć o ostatnich wydarzeniach. Wprawdzie okoliczności są niecodzienne - siedzę przed obrzydliwie dużym ekranem, popijam kawę z kubka ze Starbucksa (sic!) i zagryzam miętowymi czekoladkami Bendick'sa - ale postaram się dzielnie i nieniedzielnie opisać przynajmniej pierwszą połowę czerwca.
A jest co opisywać, bo spełniały się moje kolejne marzenia: wyczekany Impact doszedł do skutku, nic nie pierdolnęło i się nie posypało (co najwyżej polało), więc mogłam posłuchać Ghosta, Mastodona (za krótko!), Korna i Rammsteina. Dopiero po powrocie z Warszawy dotarło do mnie, że spełniłam marzenia, które towarzyszyły mi od ok. 13. roku życia, czyli prawię połowę mojej egzystencji. I powiem szczerze: warto było tyle czekać! Zobaczyć Rammsteinowy show, usłyszeć ciężkie "RammStein!", "Ich will", "Links 2,3,4", powalające na łopatki "Mein Herz brennt" w wersji piano, podziwiać energię i głos Johnatana Daviesa, zobaczyć Kornowy statyw i drżeć od brzmienia ich basu, wziąć udział w czarnej, Ghostowej mszy ("Come together"!!!), usłyszeć Mastodona w lepszej formie... A wszystko w idealnej towarzyskiej oprawie - Chomiczówka Martyny jak zwykle była naszym przytulnym, meliniarskim domem, w którym wódka zamarzała, brwi się goliły, uśmiechy Jockera same malowały a zmywacz do paznokci śmierdział. Bo szach-mat! (nigdy nie grałaś w szachy?!), idę po piwo i każda rodzina ma swoje trupy. A wszystko przypieczętowane odkryciem czasu zaprzyszłego, najsolidnieszym afterem ever i wygraniem alternatywnej wersji "Jaka to melodia" urządzonej przez Marcina. I co, i co, zdziwieni? Niepotrzebnie, bo język niemiecki został stworzony po to, żeby Rammstein mógł śpiewać w tym języku, że tak zacytuję Masło, czym pewnie łechtam jego wygórowane ego.
Poza tym był tradycyjny, wiatrakowy koncert Jelonkowy i Maniusiowe urodziny, były doranne sesje muzyczne rodem z gimnazjum, peerelowe imprezy z pyszną pizzą w tle (podczas imprezy byłą lesbę:P), picie z księdzem ze Słowacji, pożegnalne spotkanie Wtrobka z KALAmburami, ju noł! i dwuosobowe aftery koncertowe połączone z imprezą ukraińską. Noooo i juwenalia, podczas których spotkałam tylu niespodziewanych znajomych, że aż na pamiątkę noszę pewne młode zdjęcie w portfelu po dziś dzień (i po dziś dzień uśmiecham się szeroko, kiedy je widzę). Dowiedziałam się wtedy, że szczury to owady, każdy asfalt jest betonem, ale nie każdy beton jest asfaltem i łatwo zostać tru badurem i nauczyłam otwierać piwo o śrubki z ławki, co powtarzałam tak często, że... zapamiętałam ;p Poza tym Pika rozbija wszelkie piwa w sposób niewyjaśniony i jak nie rzyga, to rucha. A jak nie ma rączek (tudzież zdjęcia), nie ma ruchania!
Jaki z tego wszystkiego wniosek? Bez marzeń nic nie było, nie będzie i być nie będzie!


szczur 24/06/roku pańskiego 2013 16:00:22 [komentarzy 0] dorzuć coś od siebie

Andrzeeeeeejuuuuuuu!

Gdyby ktoś powiedział mi przed wyjazdem do Kobylan, że pogoda będzie kapryśna, deszczowa, że będzie wilgotno, burzowo i chłodno, to pewnie jakoś wykręciłabym się od wyjazdu. Na całe szczęście wiarygodni prorocy od pogody nie istnieją, a ja pojechałam do Doliny. Nie żałuję ani jednej sekundy tam spędzonej! Mimo że w Dolinie oprócz drzew wszystko jeszcze śpi (hmm, budzi się na Kupałę?), to udało mi się tak bardzo naładować akumulatory, jak jeszcze nigdy wcześniej. Dlaczego? Bo grunt nie pada!
Bo były tam Kołki i nie tylko, bo życie z dala od cywilizacji (dobra, Kobylany to takie z dala od cywilizacji, że ja pierdziu!, no ale no) bardzo mi odpowiada, bo odpoczęłam i fizycznie i psychicznie. Oczywiście poniosło nas echo, choć niektórym kleszcze próbowały wstrzyknąć boreliozę a Chmurozaurus Rex, relikt z okresu Jury, straszył turystów, prosząc jednocześnie o niedokarmianie zwierząt. Niektórzy chodzili stopymi nogami, niektórzy zaginęli śmiercią, a jeszcze innym w oczy dym colę. To dzięki temu mieliśmy okazję oglądać szoł rodem z muzułmańskiego redtuba, a niektórzy mieli w namiocie dwie wilgotne kurtyzany tudzież całkiem mokrego Protegowanego, który tym razem nie skakał przez ognisko, tylko do wody. Ale nie byle jaka to była woda, tylko najprawdziwszy Ganges, nad którym żyliśmy my, plemię Nichujanów z okrzykiem aleurwAUUUUUUAUAUAUAUUUUUUUU! Masło, wczuwając się, wymyślił nawet coś na kształt nichujańskiego języka, powtarzając coś w stylu „Amos bamos copa zapateria!” albo „Atos portos si por supuesta!”, ale nasz język wzbogacił się też o słowa takie jak bezer czy blukurwacować. Również tylko i wyłącznie w naszej wiosce można było podziwiać jabłonie pełne winogron, być dalej lamą, dostawać piwa za darmo i obserwować gwiezdny pył, w którym się zakochałam! Tak jak i w jednym nowo odkrytym miejscu, które jest najcudowniejsze w całej Dolinie, a przynajmniej jak na moje subiektywne szczurze oko (albo, jak by to powiedział Masłę, obiektywne oko, które bardzo chce wygrać). Bardzo też miło zrobiło mi się w moim małym, zgniłym serduszku, kiedy usłyszałam, że „bardziej szczuram ufowi niż sobie”, gdy obudziły mnie głosy nie tylko Żandarma, ale i moich Rodziców albo gdy z Pielą moim panem wspominałyśmy wszelkie katowickie przygody. Ale ale! Chmur pamiętał, że tupał w potoku, bo myślał, że jest w kaloszach, choć czego innego auauau, żałował, żałował, auauauau i robił vintage Outlook zeszytu Piki, Protegowany był dalmatyńczykiem albinosem a ja z Protegowanym byliśmy nawet Jezusem i Maryją w kapliczce, Dziwadło odkryło w sobie talent dziennikarski za pomocą ogórka, Masłu w każdej kolejce trzeba było powtarzać, że Metaxa to nie Metaxa, Picza śpiewała mniej niż zwykle, bo my wszyscy śpiewaliśmy więcej, niż zwykle, bo Wiśnia była dobrą ku temu prowodyrką, a pieśnią Nichujanów była zdecydowanie pieśń „Andrzeeeeeeeejuuuuuuuuuu, Andrzeeeeeeejuuuuuuuuu, reeeeetyyyyyy, reeeetyyyyy, jeeeeeejuuuu!”, koniecznie z vibratto ręcznym. Przy ognisku, które mimo deszczu paliło się prawie non stop, toczyły się też ważkie rozmowy o Kazimierzu Auguście Poniatowskim, o tym, czyja waza stoi na placu w Warszawie, o tym, że takie dziewczyny jak ja i Dziwadło na pewno nie srają i zastanawialiśmy się, czy gdybyśmy mogli zmienić swoje życie, to czy byśmy je zmienili.
Ja najchętniej nic bym nie zmieniała i nie wyjeżdżała wtedy z Kobylan, póki ostatnia osoba nie przekroczyłaby Gangesu. Tak więc wszystkim Nichujanom razem i każdemu z osobna dziękuję! A każdemu z osobna, czyli (postaram się zachować kolejność przybyć): Chmurze i Oldze, Piczy, Inez, Pieli, Pawłowi Dziwadłu, Masłu, Wiśni, Żonie, Żandarmowi, Izajaszowi, Sąsiadce i Protegowanemu, dzięki któremu poznaliśmy też przesympatycznych ludzi: Dżeza (Jazza? xD), Grzesia, Samarasa (nie pamiętam, jak miał na imię;p), Pawła i Jurka.

A z poza kobylańskiej beki: u Gośki robiłyśmy melinę, u Żony było pink party, po której niektórzy mają traumę do dziś, u mnie natomiast panowali hipsterzy, a z hipsterstwem Kołkom do twarzy, u Masłę dobrze ogląda się filmy (ha, mogę użyć liczby mnogiej, bo oglądałam aż dwa!) i gra w Magię i Miecz, a moja informatyczna grupa jest tak fajna, że pierwszą wiosenną burzę spędziliśmy razem przy piwie.
Hi, a teraz pora na spełnianie kolejnych marzeń! :D

PS Mała edycja, bo zapomniałam o jeszcze jednej pieśni, która od p!nk party aż po Jurę jest do mnie przyczepiona: Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień NA NA NA NA NA NA!
I jeszcze byłam otoczakiem i lady in red! Bo co ma wiśnieć, nie czereśnie!


szczur 8/05/roku pańskiego 2013 10:48:03 [komentarzy 3] dorzuć coś od siebie

Nananananana!

Jestem autentyczną szczęściarą, bo niewiele ludzi może mieć tego życiowego farta, żeby znać tyle fantastycznych osób. Znakomita większość tych fantastycznych osób to oczywiście Kołki, ale nie tylko ;p
Refleksja ta przyszła po zaspokojeniu kołkowo-towarzysko-rozrywkowego głodu i chyba muszę zrobić coś, żeby go częściej zaspokajać. Na całe szczęście kwiecień będzie temu sprzyjał! A póki co ostatni pobyt w Czecho upłynął pod znakiem rozśpiewanego i roznuconego banana spowodowanego abstrakcją i peszkiem. Jezus Marią w dodatku. Bo Jezus Maria, gdzie jest Narnia? Nananananana! Jestem krowa, daję mleko… Nie obeszło się też bez rozmów telefonicznych, tym razem z Dziwadłem, którego nie było słychać, bo spała, żeby się nie porzygać, a i rozmów na poziomie, np. o zdrowiu pucyków:
- Co to jest toża?
- Toża to choroba pucyków kony.
Odkryliśmy też, że kiedy wybrany zostanie nowy papież, powinno się łamać opłatkiem, a Kuba Kubeczek przyznał się, że lubi chuja z kawą i kieliszek wódki. O ile trochę zaskoczył tym Kołki, o tyle zgodnie stwierdziliśmy, że lepiej chuj z kawą niż kawa z chujem. Ot, co. Dlatego wszyscy jak jeden Mąż (a propos jednego z Mężów - skąd Chmura wie, że stałam się pomalowanym Apaczem? :O) stwierdziliśmy, że trzeba iść na karaoke. A że nie było gdzie, to śpiewaliśmy sami (i nie ogarnialiśmy, nananananana!), a karaoke przełożyliśmy na kwiecień. Jaaaaa, nie mogę się już doczekać kwietnia, myślę, że to będzie bardzo wiosenny pod każdym względem miesiąc. Mam nadzieję, że przeczucia mnie nie mylą :)
A z trochę innej beczki: Dobrze byłoby chociaż raz na rok odwiedzać Bazyla i w akompaniamencie dobrej muzyki i dźwięku maszynki gadać o dupie maryny, weekendach, pornosach, tygrysach, kluczykach od samochodu i kartonach. Twardych kartonach ;D Mogłabym nawet znów być słowacko-litewskim kierownikiem przeprowadzki, a co! Fajnie też byłoby od czasu do czasu poświętować z Piką i jej znajomymi z muzycznej, bo to naprawdę utalentowani, a przy tym zdrowo pokopani ludzie. I pisać więcej smsów z Joanną w stanie jej litewskiego upojenia alkoholowego – wychodzą wtedy fantastyczne rozmowy o kursach. Fajnie byłoby też od czasu do czasu poleźć na jakiś koncert, pogadać o udkach King-Konga, prawie że wsiąść do tramwaju pełnego krzyczących kiboli, spotkać na koncercie zupełnie niespodziewanie najbardziej nieoczekiwanych tam ludzi (np. Alę i Krystiana!) i słuchać o kąpielach w sadze. Bo jak nie w maśle, to wsadze! Zapamiętajcie!


szczur 25/03/roku pańskiego 2013 11:47:34 [komentarzy 3] dorzuć coś od siebie

Bardzo dziki Zachód.

Dbając o swój honor, nawet jeśli Chmura tego nie pamięta, poświęcam resztki sił dnia dzisiejszego na opisanie fantastycznego sylWESTra. Dzięki Kołkom przeniosłam się na Dziki Zachód - w świat kaktusów, szeryfów, Indian, a nawet biegnącego konia. Zachód był dziki na tyle, że skakaliśmy przez sznury (sznury, nie szczury, ale szczury też byłyby, gdyby było więcej miejsca), na których wcześniej wieszano ludzi, sałatki uciekały jak wścieknięte, a ludzie tracili tożsamość oraz świadomość. Ja dostałam instrukcję obsługi, jak się ciąć, niektórzy otrzymali porządną chłostę a każdy z nas miał nawet podpisany kubeczek, kieliszek i talerzyk ;) Każdy mógł się indywidualizować od siebie, ale na szczęście nikt tego nie robił, chociaż Izajasz trochę próbował z… Masłem. I to w Mordorze, do którego JA CHCĘ SIĘ WPROWADZIĆ i w którym można, śpiąc, stać się niemal elementem sztuki konstruktywizmu tudzież zagrażać własnemu życiu. Chcecie to zobaczyć? klik
Dodatkową atrakcją miał być Lucky Fuck… y, nie, Lucky Luck, ale nie przybył, za to pojawili się goście specjalni pod postacią Siura i Angola. I choć nie mogli nas usłyszeć, to mogli widzieć, czytać, a nawet kontrolować sen. Może za wiele się nie wychylałam, bo jednak mam awersję do kamer, to jednak pomyślałam, że pierwsze koty za płoty a szczury na ekranie i może kiedyś się przemogę i zainstaluję Skype’a. Bo zobaczenie i usłyszenie Siura i Angola było przefantastyczne! Tak bardzo bardzo, że aż pobiłam się z Chmurą. I tak, powiem to, a nawet napiszę na głos (i już bez bicia): tęskniłam za tym, choć trochę przegrałam xD
Oczywiście jak na rodowitą Brudniczankę przystało, nie wróciłam do domu w Nowy Rok, bo żaden bus nie chciał mnie zabrać. Na szczęście towarzyszył mi Masło, więc po kilku piwach zarządziliśmy odwrót do Gosi, gdzie każdy Święty chodził uśmiechnięty, chociaż się trochę gniewał. Tam odbyłam swój najpotężniejszy after w życiu, ale rano dzielnie wstałam, bo trzeba było… iść do pracy.

A poza wszystkim – czy wiecie, że wszystkiemu są winne korniki, na drugim miejscu są czapki na biegunie, a kto wie, czy ludzie, którzy są jak alkohol (można ich wypić, ale nie trzeba) nie maczali we wszystkim palców. Ale co oznacza ‘wszystko’, tego już niestety nie wiem ;P


szczur 8/01/roku pańskiego 2013 23:23:05 [komentarzy 6] dorzuć coś od siebie

Zmiany.

Tyle się zmieniło. Szczur też się zmienił. Skurzodomowił. Już nie słucham tyle muzyki, nie jem tylu tostów i nie pijam mleka zbyt często. Moja uwaga i obowiązki są rozbite na wiele części i nie sklejają się w porządną i sensowną całość. Nie ma czegoś przewodniego, jakiejś wyższej idei czy powinności, sensu, który organizowałby wszystkie działania, dlatego moje zachowanie, moje chęci i mój pokój są skąpane w chaosie. Początkowo mu się przyglądałam, teraz to chyba on przygląda się mnie. Ciekawe, dokąd nas to przyglądanie zaprowadzi.


szczur 14/11/roku pańskiego 2012 21:37:59 [komentarzy 2] dorzuć coś od siebie

Bad Word!

Obecanki sasanki, a szczur chyba stracił serce do regularnego pisania bloga. Może teraz się to zmieni, tak jak całe szczurze egzystowanie, zobaczymy. W każdym razie póki co robię wielkie NIC. Skończyły się studia, pisanie magisterki, liczenie czasowników, praca w domu seniora, korki i wolontariat. Wszystko. I póki co korzystam z tej wolności tak, że pozmywanie naczyń to wysiłek heroiczny, bo przecież po co, nie muszę, to nie stanowi już ucieczki od obowiązków wyższego rzędu, więc straciło zupełnie sens. Mam stan lenia totalnego i może nawet dobrze, bo daaaawno tak nie miałam. Magistrowany leń szczurzy. Albo nie, przecież jestem Wirującym Szczurem Żelazko! Albo Magistrem Wielkim Szczurem Żelazko. Jak kto woli, ale mi bardziej pasuje wersja numer jeden.
Tak mi się właśnie pomyślało, że nie będzie jednej długiej noty ze wszystkimi zaległymi wydarzeniami. Ja je sobie opiszę w miarę przypływu weny w małych, ani nie chronologicznych, ani (tym bardziej!) regularnych notkach, ale zrobię tak. Bo jednak ten blog to skarb. My precious!
I nie dziwcie się, że ja tu zajeżdżam angielszczyzną. W sytuacjach kryzysowych okazuje się, że mogę. I to nie tylko ja! Bo wyobraźcie sobie sytuację: siedzicie na piwie z Gośką i Karoliną Majstrową (która oczywiście przypadkiem się na mnie natknęła i nawet przypadkiem miała ładowarkę do sony’ego ericcsona – niech żyją rozmowy o Nietzschem!), zarzekacie się w trójkę, że ni chu… chu nie umiecie się dogadać po angielsku, a jakieś dziesięć minut później siedzicie w towarzystwie miłych Francuzów, z którymi rozmawiacie o wszystkim – począwszy od polskiej muzyki trash metalowej, przez smaki tabak, studia, stereotypy (Polacy nie piją codziennie spirytusu?!) po… filozofię. I to po angielskiemu!  Jak człowiek chce, to potrafi, a nawet jak nie potrafi, to po alkoholu uświadamia sobie, że jednak nie doceniał swoich umiejętności. Choć i tak wszystko pozamiatała bombka choinkowa. Mówi się trudno:P No i na zdrowie, KURRRRRRRRRRWA! (ciiiii, bad word!)
Z takich opowieści, które można odtagować jako ‘międzynarodowe’, nadaje się jeszcze opowieść o Nocy Kupały w Dolinie Kobylańskiej. Zebrała się zupełnie nieoczekiwana ekipa w składzie: Żona, Panda, Karolina, Masło, Protegowany, Adam i w takim składzie dołączyliśmy najpierw do ekipy z Dąbrowy Górniczej, a potem zostaliśmy ugoszczeni przez rodzimowierców i to było coś wspaniałego. Przywitano nas mile i szczodrze, mogliśmy pić wino z rogu i brać udział w ich rytuałach. Ale przy naszym ognisku działo się też wiele – co po części można przypisać kilku rodzimowiercom, którzy zagościli u nas, w tym także Rafałowi z Kijowa. Tańce, pochodnie, śpiewy, wianki, skoki przez ognisko… Klimat był cudowny i mój żal, że muszę opuścić wszystkich tak wcześnie został spotęgowany nie tylko tym, że po całonocnym świętowaniu przesilenia poszłam na wolontariat, gdzie przyszło do mnie jedno dziecko (na zazwyczaj 12-13), ale głównie tym, że skręciłam nogę. Nie kurna w nocy na Jurze, gdzie popylałam w sandałkach-jezuskach po skałach, trawskach i lasach, po ciemku i nie w pełni trzeźwa, ale w domu, na schodach, niosąc odkurzacz. Niech żyje ogar!
Dobra, chyba na razie tyle. Nie mogę się za bardzo przesilić, ostatecznie od dawna nic nie pisałam, i jeszcze jakiegoś wstrętu dostanę :P


szczur 5/07/roku pańskiego 2012 23:07:45 [komentarzy 1] dorzuć coś od siebie

Licznik odwiedzin
396958

znasz mnie?
Szczur:
Jeszcze młody kołek rodem z Brudnicy, z białozieloną szczoteczką do zębów i obsesją zbierania cytatów. Maniaczka i manieczka muzyki, koncertów, ciekawych książek i poi, wyznawczyni Jakuba Wędrowycza (czy Mordimer spali mnie za to na stosie?). Szczęśliwa właścicielka Vincenta i Julesa, kochająca ogony od czasów Bimbera i Ugryzia. To kiedy jedziemy na Woodstock?

i nie wróci więcej
2014
koncertowy sierpień
pomaturalny czerwiec
2013
muzyczny grudzień
koncertowy sierpień
pomaturalny czerwiec
maturalny maj
wiosenny marzec
pamiętny styczeń
2012
pomieszany listopad
megawakacyjny lipiec
maturalny maj
ulubiony kwiecień
pamiętny styczeń
2011
muzyczny grudzień
pomieszany listopad
śmieszny październik
kolejny wrzesień
koncertowy sierpień
megawakacyjny lipiec
pomaturalny czerwiec
maturalny maj
ulubiony kwiecień
wiosenny marzec
już luty!! xD
pamiętny styczeń
2010
muzyczny grudzień
pomieszany listopad
śmieszny październik
kolejny wrzesień
koncertowy sierpień
megawakacyjny lipiec
pomaturalny czerwiec
maturalny maj
ulubiony kwiecień
wiosenny marzec
już luty!! xD
pamiętny styczeń
2009
muzyczny grudzień
pomieszany listopad
śmieszny październik
kolejny wrzesień
koncertowy sierpień
megawakacyjny lipiec
pomaturalny czerwiec
maturalny maj
ulubiony kwiecień
wiosenny marzec
już luty!! xD
pamiętny styczeń
2008
muzyczny grudzień
pomieszany listopad
śmieszny październik
kolejny wrzesień
koncertowy sierpień
megawakacyjny lipiec
pomaturalny czerwiec
maturalny maj
ulubiony kwiecień
wiosenny marzec
już luty!! xD
pamiętny styczeń
2007
muzyczny grudzień
pomieszany listopad
śmieszny październik
kolejny wrzesień
koncertowy sierpień
megawakacyjny lipiec
pomaturalny czerwiec
maturalny maj
ulubiony kwiecień
wiosenny marzec
już luty!! xD
pamiętny styczeń
2006
muzyczny grudzień
pomieszany listopad
śmieszny październik
kolejny wrzesień
koncertowy sierpień

Inni





Dodaj mnie do ulubionych

sznury
CHCESZ WIĘCEJ?
fotoblog
mój profil last.fm
CZYTUJĘ
Pika
Siur
Chmura
Elpie
opb.oceny
Kot
deszczowy chłopiec
Room of Loss
Goha
Szymek
Wisienkowa Partyzantka
Jebudubu
MOŻESZ SPOJRZEĆ
generator runów
tengwar
Wiersze Wilczura-ku pamięci Mocnych Nocnch
UŚMIECH SIĘ
połam sobie język:P
nonsensopedia
walnij giertycha! :)
cfaniacy
bash
pewien wywiad
masz kosmate myśli??:)


lay&html
© Mortella.