Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
nie-mam-nazwy *szczurza norka - blog4u.pl

szczurza norka

W głowie mi się koleeebie!

Do Slotu jeszcze 38 dni, do Jarocina 49, Woodstocku 69. To tak w ramach statystyki, przypomnienia, poprawienia humoru. Choć, nie wiedzieć czemu, nie napawa mnie to takim optymizmem, jak powinno. Znaczy wiedzieć. Tylko czy ktoś zna sposób na przezwyciężenie lenistwa, spięcie dupy, ogarnięcie się, a przy okazji jeszcze wyleczenie zapalenia oskrzeli czy podobnego dziadostwa?

Zostawiam pytania retoryczne, bo przecież mogę puścić sobie filmik z koncertu Jelonka (a, w ramach statystyk jeszcze: Maniuś za 20 dni!), albo ten o gadającej papudze, albo naleśniki?  i po co tu się uczyć. W ogóle a propos wszelkich aktywności umysłowych: kiedy chcę napisać w wordzie 'zoonimy', word automatycznie poprawia to na 'zgonimy'. Czy to o mnie jakoś świadczy? Bo słownik T9 bardzo dużo może powiedzieć o właścicielu telefonu. Ale word?

A po ubiegłym czwartku jeszcze trochę przemyśleń (dobra, wiem, słowo 'przemyślenie' to przesada, ale nie wiem, jak się ten czasownik stopniuje w dół - tu wypadałoby zrobić znów nawias i napisać, że TAK, WIEM, czasowników się nie stopniuje, ale nawias z nawiasie to tak głupio):
Pika miauczy najlepiej na świecie. A i śpiewa genialnie. I w ogóle jestem pod wielkim wrażeniem. Ba, nie tylko ja! Chemik też! A wiedzcie, że jak Chemik jest POD czymś, to to musi być naprawdę duże. Więc Pika, wiesz :D No moja krew. Ja po prostu mojego talentu śpiewackiego zrzekłam się na jej rzecz, a jak się on skumulował z jej talentem, a pewnie jeszcze z kilkoma innymi, to teraz mamy taki oto piękny efekt :) Przy okazji dodam, że moim zdaniem język angielski nie nadaje się do opery, natomiast niemiecki - jak najbardziej!

I wiecie co? Ostatnio, gdy byłam w szkole, sześciolatek na zajęciach odsunął mi krzesło i ładnie poprosił, żebym usiadła. Jak to dobrze wiedzieć, że są jeszcze dobrze wychowani mężczyźni na tym świecie!  :D

Czy ja już się z Wami dzieliłam pojuwenaliowym okrzykiem: Mąka! masło! czekolaaaadaaaa!, czy zapomniałam?


szczur 28/05/roku pańskiego 2011 00:26:36 [komentarzy 4] dorzuć coś od siebie

Naleśniki?!

Zastanawiam się, czy pisanie o tegorocznych juwenaliach ma jakikolwiek sens. I tak ich wspaniałość pozostanie w szczurzej pamięci na zawsze. Ale może jednak warto? Choć troszkę?

Zaczęło się na dobrą sprawę we wtorek od spontanicznego wyjścia na Gienka.  Mowa o tym już była, ale jak ogarniamy juwenalia, to od początku. I choć nie udało się spotkać z inicjatorką tegoż spontanu, to jednak trawka na miasteczku została juwenaliowo - piwnie rozdziewiczona a Marta mogła zobaczyć choć w jeden dzień, jak bawią się studenci.
W środę było równie spontanicznie, bo udało mi się w końcu wyciągnąć na piwo dziewczyny z grupy. I to było dobre! Nastąpiła integracja i wielkie rozpoznawanie (aaaaaaaaaaa! to stąd Cię kojarzę!), kurs poi, bierzcie i jedzcie czipsy wszyscy, tabakowe kichanie, trochę gibania do reggae i dupiate oświecenie. Wszystko tak, jak należy.
A później nadszedł piątek i rozpoczęcie właściwej części juwenaliów. Nic nie było w stanie ich zepsuć. Nic! Nawet burze, nawet deszcze, a nawet błędy w komunikacji! Bo dzięki wymionom (wymieniu?) Siur, Sąsiadka i Izajasz zostali wybawieni od zMOCZenia ferrari a ja z Dławidłem spóźniłyśmy się na Żywiołaka :P Jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyłyśmy na scenie dwie nowe wokalistki! Ale za to było skakanie, tańczenie i zagłuszanie konferansjera. I idealny nastrój na obwieszczanie końca świata. Na Hey zostawać się nam nie chciało z powodu głównie Ani Dąbrowskiej, więc poszłyśmy odkrywać nowe części Krakowa i dowiedziałyśmy się o żałobie torebkowej. Postanowiłyśmy to zapić, dlatego poszłyśmy na miasteczko, cały czas zaśmiewając się z pewnego zdjęcia i przedstawiając sobie różne wizje jego modyfikacji. Na resztę Kołów trzeba było poczekać, ale w końcu udało im się trafić i nawet nie zgubić. Ale że Lewiatana zamknęli, to nie było co długo siedzieć na powieczu. Zarządzony więc został odwrót, gra w stópki i wołanie Dławidła w autobusie, który chciał się przepołowić. W mieszkaniu nastała druga faza śmiacia, tym razem już bardziej z Piotra niż ze zdjęcia. Całe szczęście, że Piotr miał osobistego tłumacza w postaci Żaby! Ogólnie śmiać się nie przestawaliśmy i myślę, że to niekoniecznie wina Gustawa. Bo wiedzieliśmy, że coś się dzieje! Przecież wąż nie może być przebiegły (co najwyżej prześlizgły), mewa krzyczała DZIWAAAAADŁO, plastikowa deska do krojenia nie powinna być nazywana deską, a ewentualnie przedkopernikańską ziemią do krojenia,  naleśniki?! i czyba Ty. A to przez makaron czeczeński już. I to dlatego Siur musiał wietrzyć oko!
Poranek powitał nas telezakupami mango. No i były kopytki (to biernik liczny mnogiej, ale w sumie mianownik też!) i dalsze śmianie. Żona zadzwoniła do mnie, że Wróżka Wiktoria w naszym horoskopie wróżyła z tarotowej karty SĄD OSTATECZNY, więc koniec świata jednak dziś będzie. Wypiliśmy więc piwo i cytrynówkę i poszliśmy na koncert. Bo co, umierać tak w bloku? Po drodze widziałyśmy z Siurem brata Mańka i w ogóle w oczy rzucali mi się goście mańkopodobni, aż w końcu zobaczyłam kogoś idealnie do Mańka podobnego, kto okazał się być samym Mańkiem. Więc sobie pogadaliśmy, umówiliśmy się kulturalnie na piwo i pohasałyśmy z Siurem pod scenę, bo usłyszałyśmy This Land. Oczywiście ścisk był niesamowity, ale nie przeszkadzało to Masłu natknąć się na mnie w tłumie i tworzyć brudnickiej miłej drużyny. Koncert był świetny, tylko piosenkę Ślimaka mogli sobie pominąć. W ogóle to przed koncertem dojechał do nas Żandarm, a Majster mimo wcześniejszych deklaracji na nie, się pojawił (Szczur->Majster: Zmieniłeś zdanie? idziesz na koncert? Majster->szczur: Pada. Szczur->Majster: No to co? Majster->szczur: Aha). Pojawiła się też Kittie, Chmur i Olga i w takim składzie można było robić sobie sweet focie, gonić się po wiosce piwnej, wykrzykiwać karmele, zarazbędzieciemniki, dawaćkoty i chaaaaaaaaaa! I oczywiście naleśniki?!
Zanim jeszcze zagrał Jelonek były stópki, kiśnięcie, papierosy z naciskaniem i sporo piwa a jeszcze sporzej ludzi.  Na tyle sporo, że kawał: Oni wszyscy śpią u nas był tak śmieszny, jak kawał o murzynie i oponie. A potem już szaleństwo. I najlepsze jest to, że Maniuś wszystko widzi! Oczywiście bez ścian śmierci się nie obyło, tak jak i bez wężyka czy tańców na mosquito. Dlaczego, ach, dlaczego techniczny Jelonka nie lubi Komara? Znaczy ja sama komarów też nie lubię, ale to jest wyjątek potwierdzający regułę. Później trzeba było znów się odnaleźć, wykonać w tym celu trochę hahahalo! i umawiać się pod półdupkami. Znacz: półkulami. I udowadniać, że się nie jest za krzyżem, hop hop hop! Chmura okazywał się nadzwyczaj miły i to było miłe:) Aż z tego wszystkiego dostał od Mańka piwo, jak już Maniuś do nas przyszedł (naprawdę się dziwię) i sobie trochę pokonwersował o tym i o tamtym. I nawet grzecznie zapytał, czy jak nam postawi piwo, to czy to będzie dziwnie wyglądało? (Naleśniki?!) Dostałyśmy też zabrzańskie vel zabrskie zadanie i teraz już nie ma odwrotu. Trzeba tam być. Potem Maniek dostał opierdziel przez telefon u musiał już iść, za to odnalazła się Ala z Krystianem i Martyna z Radkiem i dołączyli do zabawy. Z inicjatywy Martyny zalewałyśmy kable, a potem już poszliśmy posłuchać Kultu. I dobrze, że zmieniłam miejscówkę, bo mogłam sobie hasać i wyładować energię, która nie wiadomo skąd jeszcze we mnie siedziała i domagała się uwolnienia. Pewnie wyglądałyśmy z Siurem na dziewczyny w pijackim transie, ale kij. Wtedy to Krystian złożył mi obietnicę i mam zamiar się o jej spełnienie upominać! ;>
Po skończeniu imprezy zaśpiewaliśmy wszyscy razem Sto lat dla Bu, a potem przyjechał Majster z rumem a koledzy Piotra podpiehrdzielili nam Colę, ale za to puszczali z nami samoloty i dzielili się Gustawem. Mało tego - podawałam gwoździe, bo zbijaliśmy szafę! Ale że jesteśmy fajni, podzieliliśmy się tą szafą z innymi mieszkańcami. Jak? postanowiliśmy włożyć ją do windy, a nawet jechać z tą windą na szóste piętro. Potem jeszcze była próba wyjścia na dach. Niestety nieudana. Końca świata nie było, dlatego oglądaliśmy filmy i bajki a Dławidło spało pod stołem. Gdy część Kołków sobie pojechała, nam zachciało się czipsów, więc z Majstrem utworzyliśmy ekipę ekspedycyjną. Łatwo nie było, ale w windzie szafa stała nadal. A jak już film został obejrzany, tatuaże skonsultowane a czipsy zjedzone, postanowiliśmy się przespać, ale szybko się przekonałam, że to będzie niewykonalne. A przynajmniej nie obok Majstra! Żandarm się wycwanił, zamknął się w swojej celi i jakoś mu się udało zasnąć. Ja nie miałam tyle szczęścia. Ale przynajmniej wyćwiczyłam kaloryfer:P Bo Majster nie powiedział chyba ani jednego logicznego zdania. Za to jak komentował Żywiołaka i wszystko inne! A gdy stwierdził ni z gruszki, ni z pietruszki, że Scott Pilgrim wygląda jak indyk, postanowił nawet podzielić się tą myślą z nieobecnym już Siurem. Zanim się zorientował, że w smsie napisał nie o indyku a o pingwinie, zobligował się już do pójścia do kościoła w adidasach z folią aluminiową, żeby mu nie przeżarło podeszwy i mówił jeszcze sporo ogólnie. Dodatkowo ja straciłam głos, więc odzywać się za bardzo nie miałam po co. A zanim ostatecznie opuściliśmy mieszkanie Dziwadła, dostałam instruktażowe rady, jak ssać pomidor, który okazał się latający i umiejący skręcać, w windzie szafy już nie było i naleśniki?!
Na całe szczęście podróż powrotna minęła szybko, zaowocowała w niebieską szklankę i postulat dodawania drewnianych kurczaków. I to by było chyba na tyle. Uffff, ale się napisałam! Ale się zmęczyłam!
Kołki, Kołeczki! To były najwspanialsze juwenalia, jakie dane mi było przeżyć i nawet się nie spodziewałam, że tak dosko mogą być one być!  Trudno mi to wyrazić słowami, ale mam nadzieję, że Wy mieliście tak samo i nie muszę jakoś się silić na to, żeby takie słowa znaleźć. Każdemu z osobna i wszystkim razem baaardzo bardzo dziękuję :*

PS Siur sprawił, że od poniedziałkowego rana szczur ma na twarzy banana i to bynajmniej nie z powodu wspomnień juwenaliowych, a Maniusiowej niegdysiejszej przyśpiewki. Tak, chwalę się ;P Czek dys self!


szczur 23/05/roku pańskiego 2011 10:52:36 [komentarzy 2] dorzuć coś od siebie

Zamknąć oczy i za ojczyznę!

Dzisiaj miałam piękny sen. Choć piękny tylko po części, bo jednak Maniuś był prawie cały czas milczący i przygnębiony. Ale Siur sprawił w końcu, że i Maniek się zaczął się śmiać swoim poczciwym, szczerym śmiechem. Mam nadzieję, że Mariuszek pamięta, że w Warszawie obiecał nam juwenaliowe picie, to tak na marginesie.
Poza tym przypomniał mi się dziś Hunterfest i tryumfalne okrzyki Angola po rozdziewiczeniu jednego z tojków. Bo sama dziś miałam ochotę tak krzyczeć, kiedy miasteczko studenckie pełne było pijących studentów, a tojki stały mało, że nie oblegane, to jeszcze dziewicze! I nawet był papier! Chyba nie jestem tylko księżniczką papryczek. Tytuł tojkowej księżniczki może nie brzmi tak godnie, ale jednak też w jakiś sposób pasuje. Ja oddałam im kiedyś hołd, a teraz one odpłacają się w uroczy sposób.
A teraz juwenalia, szkoda, że dzielone z obowiązkami uczelnianymi, ale na szczęście jest możliwość spotkań i odnawiania kontaktów wszelkiej maści. Wiś, pełna mobilizacja! :D
Jeszcze na koniec muszę wspomnieć co nieco o piątkowym spotkaniu rodzinnym i mogę zabierać się za pracę, co by zapracować na Jarocin. Córkowy Kuba przyjechał odwiedzić teściów, Żona bała się taty, więc nie przeklinała (tak dużo), a Lucyfer jak miauczał, tak miauczał. I była (to będzie skromne!) najlepsza cytrynówka ever, i odwrócenie ról małżeńskich (to ja miałam awersję do wszelkiego rodzaju dotykania), wróżby nieandrzej(k?)owe były, tabaka, psy i orzeszki, nawet na łóżku. I pierwsza świadoma noc 3/4 małżeńska. Najlepiej miał się Kuba, choć gdy Lucyfer się rozmiauczał, to jego sytuacja się pogorszyła. A jeszcze potem miał pecha (Kuba, nie Lucyfer) i spóźnił się na opciąg. A książki sobie nie wziął (Kuba, nie pociąg).
I tak to wszystko mija, w tym tygodniu na szczęście jest już z górki. Tylko lokalni kierowcy muszą mieć się na baczności. Wprawdzie nie mam naklejek z karnymi kutaczami za chujoje parkowanie, ale dziś moje zbulwersowanie osiągnęło punkt krytyczny i zostawiłam takiemu jednemu bezdurnemu Mateuszowi (a przynajmniej takie imię widniało na tabliczce za szybą) kartkę z moją opinią na temat jego umiejętności związanych z parkowaniem samochodu. I postanowiłam, że odtąd będę dawać upust negatywnym , zaparkowanym emocjom. Ale za to w przyszłym tygodniu szczur zamieni się w głosiciela dobrej nowiny, tym razem slotowej, bo uczelnia tak jakoś przygnębiająco wygląda bez plakatów poprawiających humor jednym spojrzeniem. Tylko ten Egipt trochę siedzi w głowie, tym bardziej, że jakoś mój kadłub nadal tkwi w Polsce.


szczur 17/05/roku pańskiego 2011 20:33:40 [komentarzy 3] dorzuć coś od siebie

Weronika! WERONIKA! W E R A !

Jest taka pogoda, taaaakaaaaa pogoda, że po prostu grzechem byłoby siedzieć w domu. Tak więc z zeszłotygodniowych zerowych planów weekendowych ewoluowały spotkania piwno-spacerowo-filmowe w doborowym towarzystwie. I nawet sprawdzano nam dowody! Znaczy tylko Miszczowi, ale dzielnie wyśmiewałyśmy razem pana uprzejmego barmana o zadziwiająco dobrej pamięci. A potem on śmiał się z nas i chyba w sumie robił to każdy, kto siedział w pubie, bo miałyśmy humor wyjątkowo dobry. I rozmowy w stylu:
- Lubisz to, suko!
- Mówisz tak tylko dlatego, że jestem czarna.
- Chyba ty!
były na porządku dziennym. A jakie proroctwa miałyśmy z Kamilą na temat Miszczowej przyszłości! Myślę, że wiele się spełni. A to z dzieckiem to już na pewno.
Następnego dnia z rana przyjechała Ala. Akcja: popraw Alutce humor została uwieńczona sukcesem, choć chyba większe zasługi na tym polu powinnam przypisać pewnemu przystojnemu kierowcy, a nie samej sobie. Tak czy inaczej czas upłynął nam miło, smacznie i bardzo szybko, jak cały weekend z resztą. Ale co tam, jeśli robi się urocze pojogowe wagary na Kopiec kre... Nie. Czekaj. Na Kopiec Kościuszki, a wieczorem robi plany na rok miodowy Lazurowym Wybrzeżem na kolanach, oddając wszystko, co się ma: bagaż, pieniądze i siebie. Muszę dodawać, że wszystko dlatego, że w końcu udało się spotkać z Szaloną Kaśką?
I póki co Lazurowe Wybrzeże stoi pod znakiem zapytania, ale na szczęście Ogrodzieniec się zrealizował. Jako szczur-idealny-kierowca zaplanowałam na trasie niespodzianki w postaci Rabsztyna (Rammsteina?), Pustyni Błędowskiej (spowodowanej działalnością człowieka!) i niespodziewanych hamowań przedradarowych. No i dosko muzykę, ma się rozumieć. I powiem szczerze, że ani milionpieńcetstodziewieńcet dzieciaków - nawet ta wściekła prześladująca nas dziewczynka od WEEEEROOOOONIIIIIIIKIIIIIIIII - ani małe, głupie i dożarte psy, ani nawet brak gpsu nie były w stanie zatrzeć wrażenia, jakie zrobiły na mnie ruiny obu zamków. Dobra, argument o gpsie mogłam sobie darować, skoro mam własny, wbudowany w szczurzy ogon, ale no. Rabsztyn jest fantastyczny choć mniej popularny, dlatego można było spokojnie łazić po skałach, w ciszy i spokoju próbować zrekonstruować te 40 komnat i robić zdjęcia bezwycieczkowe. A Ogrodzieniec... Miód na szczurze oczy! I ten żółw vel potwór z Loch Ness, katownia, źle umiejscowiona wieża więzienna i widoki z wież - niezapomniane. Potem tylko wyspindranie się na Birów  z Mamłukiem włącznie i można była błądzić. Znaczy błędzić. Na pustyni. My, niewprawne beduinki bez arafatek musiałyśmy siedzieć na gorącym piasku, ale co z tego, kiedy Ala robiła nam testy psychologiczne i wygrzebywała odłamki broni, niewypałów i łusek po nabojach, a podczas całej wycieczki raczyła ciekawostkami na temat różnych miejsc. Po wycieczce jesteśmy trochę (yyy?) opalone, dzięki czemu udało mi się wejść do akademika nie zostawiwszy dokumentu tożsamości - pan portier zaczął konwersację na temat naszego strzaskania i chyba zapomniał o swojej roli. Dlatego wpadłyśmy z Alą do Mechanika, potem do Domu i mogłam wracać.
Teraz siedzę z Pantoflem, zerkam na inne Notizen i powiem Wam, że nawet mi się chce je ogarniać, bo wiem, że to tylko na chwilę. Do wieczora. Do spotkania z Żoną i Teściami. Do prażonych ;) I w ogóle jestem fajna, moje  odległe 100% z matury ustnej to wyczyn, który da się powtarzać, w perspektywie mam możliwość zdobycia kasy na Jarocin (tylko czy ekipa się czasem nie wykruszy?) a Slot już opłacony, choć nie ma warsztatów z kija. Żyć nie umierać! Zacznijmy już juwenalia, co?


szczur 13/05/roku pańskiego 2011 11:52:57 [komentarzy 1] dorzuć coś od siebie

Hahahalo!

Siur mnie wystawił, zrzuciła blogową odpowiedzialność na mnie, a co ja mogę, zwłaszcza że moja studniówka trwała dobę dłużej i wymaga o wiele więcej ogarniania?
Ale dobra. Nie narzekawszy. I nie zesrawszy się w twarz nawet. Zaczęło się od wpisania do gpsu Brudnicy, rądka i hahahalo. No, i może jeszcze od dialogu, a właściwie to polilogu:
- Nie mogę, nie umiem na Żandarma mówić Krzysiu.
- Nie przejmuj się, Marzenko.
- Co mówiłeś, Piotrusiu?
A skoro tak się zacząwszy, to musiało być dobrze. Zwłaszcza że dolina taka ładna, ekipa Protegowanego całkiem fajna a w każdym kątku po Dziwadlątku. I ja się z nikogo nie napie[r]dalam! Bo to przecie studniówka, ewentualnie wycieczka z zakładu karnego, jak kto woli. I gdy sobie tak ogarniam wszystkie wydarzenia, to dziwnie dużo wspomnień wiąże się z jedzeniem, a przecież jedliśmy  niewiele. Ale zapieprzenie mojego sera, rzucanie zupką, usmażenie mi cebulki przez Majstra, facepalm zozolem czy wpieprzanie wafli z musztardą zasługuje na uwiecznienie. Tak jak i najlepsze moje wspomnienie związane z jedzeniem, czyli spanie na cebuli. Coś mnie kuźwa uwierało gdy trzęsłam się z zimna, a przecież ziemniaków nie sadziłam, więc myślę - kiż diabli? Okazało się, że miałam w śpiworze cebulę. Całe szczęście, że pomidor leżał sobie spokojnie obok śpiwora. Zresztą w namiocie miałam dużo jedzenia. Szkoda że w postaci okruchów i takiego syfu, jak jeszcze nigdy. I był też potop (dobrze, że nie ma Chmury! :P), a nawet kilka, a wszystko przez to, że był śpijwódker! No i mudziyn, z pasie łosie. Znaczy łosiepasie. Jak na studniówkę przystało, było dużo alko, ludzie się zataczali, Chmury szły prosto a nawet rzygały i dogrzebały się do pomidorów a Protegowany był przez moment protektorem, ale szybko wrócił do starej roli. Wtedy już chyba ja przygarnęłam mateuszowy sweter i jeszcze skórę, zombie zombie zombie, a Żandarm szukał niezbędnika. Ale że Mundka na Dundial nie wzięli? Nakurwiwszy salto Tomasz Implant zamienił się w bukę, a Jackson drapie wieko. Wszystko zgodnie z planem i w rytm Explosion. Aż echocie niesie! Ale nie wiem, co to echocie. Tak jak nie wiem, co znaczy miłam pniej, ale czy to ważne? Ważniejsze chyba, że tanie c, a drogie b, a Olga nie powie rtęć, ale może wymieniać wszystkie pierwiastki od wodoru po srebro. Nawet jak pijemy elizę. Fuj, nawet jak piwszy drugą. Która miała moc wyłączania szczura. Na szczęście pan Andrzej wyłączył się wcześniej :P Pewnie dlatego na następny dzień Chmura mówiwszy 'Oh my God, i'm so stąd'. A wcześniej my tu skrzyżu skrzyżu, a tramwaj odjechawszy. Ale przynajmniej nanieśliśmy drewna na ognisko. I jak dobrze, że miałam gazetę? Nawet zostało to skomplementowane. Dobrze też, że Żandarm podzielił się kurtką a potem bluzą i że wysyłał sms o treści słońce. I że przyszli studenci z Katowic / Krakowa i mieli gustaw. I że Chmura nie zgubił żadnego Żubra, tylko Harnasia. I nota bene nie znalazł go.
Tak właśnie minęła pierwsza studniówka woodstockowa. Kurde mało trochę tej mojej relacji, ale chce mi się spać, więc dziękuję, dobranoc, nie ma takiego urywania. Pójdziewszy więc spać. Pozostaje mi tylko życzyć sobie i Wam, żeby takich wydarzeń i widoków więcej! Tylko może bez przymrozku ;D


szczur 2/05/roku pańskiego 2011 23:01:23 [komentarzy 9] dorzuć coś od siebie