Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
nie-mam-nazwy *szczurza norka - blog4u.pl

szczurza norka

ACID DRINKERS TO NIE JEST POLSKI KLUB!

Naprawdę wielkimi krokami nadciąga kolejny Woodstock. I ogromnie się z tego cieszę! choć sen z powiek spędza mi wizja skakania po kostce w celu skompresowania wszystkich rzeczy, które chcę ze sobą zabrać. Miałam mieć małą zmajstrowaną pomoc w tym względzie, ale plan się posypał razem z motórem. Kupa.
Ale zanim pojawi się tu sprawozdanie z najpiękniejszego festiwalu na świecie, powinno się pojawić kilka innych. Ot, choćby z Jarocina. Bo w tym roku komisja festiwalowa w składzie Sąsiadka, Izajasz, Majster i Szczur wybrali się gdzieś między Łódź a Poznań, żeby zobaczyć, z czym się je Jarocin. I okazało się: z ogórkami kiszonymi rozdawanymi za darmochę! No i oczywiście my jemy włosy. A przepijamy naprawdę tanim i naprawdę pysznym winem Bycza Moc. Nawet gdy panowie ochroniarze widzą i proszą o to, żeby usiąść między namiotami, bo za bardzo widać szkło. I muszę powiedzieć szczerze, że bardzo, ale to bardzo wyjazd mi się podobał i nie żałuję ani złotówki z tych stu dwudziestu, które trzeba było wydać na bilet.  Być może dlatego, ze zostałam Kasią, bo tak bardziej pasowało i kochaną matką Teresą. A być może dlatego, że wyjazd obfitował w wiele złotych myśli, które powinien znać każdy.  Pffff, znaczy nie złote myśli, tylko myte złośli, które kiedyś wydamy jako pomik toezji. Bo oto: kto sika, nie pije. Kto pije, sika. Dalsza część owej myśli jest wysoce niejednoznaczna: Kto sika, maca łe (co to jest łe?). Lub kto sika, maca, łeeeee. Ewentualnie: Kto sika ma całe. Najbezpieczniej chyba zapisać to tak, aby każdy odczytał to, jak chce. Ktosikamacałe. I już.
Wracając na chwilę do kwestii żywieniowych, królowali keczupor i majonezator. Potem nie dziwota, że mieliśmy sikwory, żygwory, żygu-siku-żygu i stolec uOrkiestrę. Choć ja jestem przekonana, że to dlatego, że majster o poranku chodził dookoła naszego namiotu i mówił: chrap, chrap! chrap, chrap! czym wkradał się do mojego snu i jeszcze dlatego, że Acid Drinkers to nie jest polski klub! To nie jest polski klub! To nie jest polski klub! W sumie to na polski wyglądał, ta żelazna kondycja Titusa, te o metr chybione wślizgi Ślimaka! I Czesław, strzel bramkę, będzie śmiesznie! W ogóle Kwasożłopy to zjebaaaaaali.
Ale nie ma tego złego, co z tego, że Acidzi nie wyszli nawet z grupy, kiedy dowiedziałam się, że Kamil Beznerek będzie grał na Jarocinie! Wprawdzie plan pójścia na jego koncert (tak nie do końca jego, bo jego zespołu, takiego na Starcośtamcośtam, przez co bardzo długo nie byłam świadoma, że wzmianki o Beznerku to nie żarty o.O), żeby zagrać w stópki a Majstereczka nie powyrywała sobie szalonych trzynastek, ale trudno. Znaczy trunkowo. Bo woleliśmy leżeć sobie w cieniu samochodu, pić bądź to wino, bądź szkocką za 12 zł i uciekać przed spragnionymi osami. To ostatnie było nawet zabawne: odkryliśmy, co należy zrobić, żeby zmotywować Sąsiadkę do grania na djembe i że podczas biegania dookoła namiotu osy na chwilę tracą orientację. Koniec końców powstał grób nieznanych os a na głowie Majstra of shadow francuz.
Ale najważniejsze z najważniejszych pytań całego pobytu to: czy jest tu piekło? Bo muszę Was uświadomić, że największą gwiazdą tegorocznego Jarocina był niewątpliwie zespół o nazwie Masturbator. Zanim zaczął grać, telebimy obwieściły, iż osoby uważające się za wrażliwe religijnie proszone są o opuszczenie terenu festiwalu, gdyż koncert może obrażać uczucia religijne, powodować mdłości i depresję. Po takim ostrzeżeniu utwierdziliśmy się z Majstrem w przekonaniu, że czekamy. I opłacało się! Wprawdzie nie złapaliśmy piekła za dychę, ale dowiedzieliśmy się, że piekło owo pochodzi w małego kartonika i że I wish you die. Fantastyczny koncert pełen niespodzianek. Coś pięknego. A jak już jestem przy koncertach, to wspomnę, że piątek był zdecydowanie szczurzym dniem. Najpierw Tides From Nebula i spełnienie marzenia: leżenie na zielonej trawce pod błękitnym niebem i wsłuchiwanie się w fenomenalne kompozycje. Wiem, że już mówiłam, że jestem dumna, że Polska ma takie zespoły, ale powtórzę: jestem dumna. I choć rozumiem głosy niektórych, że muzycznie tam nie pasowali, to jednak moim zdaniem rozstrzał gatunkowy na tegorocznym Jarocinie był tak duży, że spokojnie i TFN się tam wkomponowywali. Potem R.U.T.A., koncert, którego byłam bardzo ciekawa i nie zawiodłam się. Chętnie zobaczyłabym ich na woodstocku:) I potem Apocalyptica. Z idealną miejscówką do wyszalenia się, a jednocześnie obserwacji Perttu. Miód na szczurze uszy. Tylko znów nie było Path. Oni chyba chcą, żebym jeszcze kiedyś przyjechała na ich koncert! A co do innych dni: setlista Acidów była zaskakująco fajna, Bad Religion wyglądają przedziwnie, inaczej wyobrażałam sobie ich na scenie. Na szczęście muzycznie nie zawiedli. A Luxtorpeda zagrała koncert niemal identyczny, jak na slocie. Z Roguckim szanujemy się nawzajem, więc wyszłam z pola koncertowego na długo przed jego koncertem a Myslovitz brzmiało fajnie... słuchane w namiocie.
I wiecie, że była ściana śmierci? Znaczy: Tyś widział ścianę śmierci! A wszystko dzięki Piotrusiowi, bo to nie jego włosy, to schauma! On nie wiedział, gdzie ma zostawić glany, a my nie wiemy do tej pory, co to jest czeta. Nawet gdy Prorok siedzi w mojej głowie i nie chce z niej wyjść. Nawet jak Majstrem szatan smyra tak, że szczur pięć metrów pod tojkami myśli, że się posika. Nawet podczas przechodzenia przez ogrodzenie.
Ale cóż, Jarocin skończył się bardzo szybko i trzeba było wracać, bo potem czekała niespodziewana wyprawa do Czecho. Oczywiście nasz przebiegły Mąż zorientował się w planie, ale na pewno nie sądził, że pobyt Żon będzie miał taki przebieg. Tak czy inaczej uświadomiłam sobie, jak bardzo tęskniłam za Czechowicami, Czechowiczanami a nawet za Primusem! A rano mieliśmy wyjebaaaaaane, a Żona, gdy otworzyła w końcu oczy, o kurwa, widziała nas. A wiecie czemu? Bo jarzę bina! I Acid Drinkers to nie jest polski klub! To taka prawda rzyciowa z rzyci(a) na gorąco. Słowem: Rzyć nie umierać!
Oczywiście nie ma takiego umierania (to głównie do żony kieruję te słowa), bo w weekend było wesele, o wiele lepsze, niż się spodziewałam. Stiffi Steffi król parkietu wymiatał, ale tylko po kilku głębszych, wujek Adam przedstawiał się pięć razy, ale na poprawinach i tak nas nie pamiętał, za to usiadłam sobie genialnie koło kuzynki, z którą miałyśmy dobrą współpracę: ja wyjadałam z koreczków ser i łososia, a ona faszerowane oliwki. Każda z nas była zadowolona z takiego podziału :D Dorotka zwierzyła się, że śpi z wykle albo z synem a z Przemkiem powspominaliśmy stare, dobre czasy Kiełbasy Azora i Banana Cukini, a podczas rozmowy z bratem mamy dowiedziałam się, że on kiedyś też bawił się w pogo. Tylko ej, Marzena ma jeszcze nie polane, no co to ma być? Bo powiedz tylko Marzenie. I rym cym cym i hopsa sa! Nie ma to jak nawiązywać kontakty dzięki Rammsteinowi :D
A po weselu trza się było kopsnąć do Czecho, znaczy Pszczyny, czyli mówię, że Jebia. Bo wrócił Siur! Cieszmy się i weselmy! To niezła Radocha! dlatego kąpaliśmy się w basenie z kulkami, urządzaliśmy zawody i naparzaliśmy się kulkami. No i była pyszna kawa i smaki dzieciństwa. A kiedy już dotarliśmy do Jebia zobaczyłam pokój, z którego śmiało mogłabym nie wychodzić przez parę miesięcy. Tyle książek! I inne fajne drobiazgi z mieczem za łóżkiem na czele. Naprawdę bałam się, że pozostawienie go w miejscu naszej posiadówy zaowocuje czymś złym, na szczęście się pomyliłam. A przynajmniej co do źródła zła :P A że tam klosz się stłukł czy półka spadła... co tam! Bo było piwo, wino, wódka, whisky i w ogóle mieszanka studencka. I twoja sztarda, która nie ma mymion. Było na tyle fajnie, że postanowiliśmy zostać u braci p(k?)okornych dzień dłużej, więc ugotowałam makaron ze szpinakiem, obejrzeliśmy Charliego i Fayah i dowiedzieliśmy się, że jak się obróci na pięcie i spadnie na pięciu, to będzie spięcie napięcia u pięciu. A wszystkiemu towarzyszył proroczy kac i piosenka kupiska: 'Przy mnie błądź! Przy mnie błąąąąądź!'
A pojucze już wyjazd i prawie tydzień błogiego woodstockowania z mnóstwem rocznic do obchodzenia z frankiem! Rzyć nie umierać!

PS wyszła trochę niecenzuralna nota, ale co zrobisz? Zresztą tyś widział niecenzuralna!


szczur 30/07/roku pańskiego 2011 15:30:40 [komentarzy 0] dorzuć coś od siebie

Ooo o o o oo! czyli sio, komar! Sio!

Kurde, nie wiem, czy kiedykolwiek miałam takie tyły z pisaniem. Chyba nie. Najwyższa z najwyższych pór właśnie mija, jak nie napiszę teraz, to już w ogóle się pogubię, a i tak jest ciężko. Jednak zaległości to zła rzecz. Zdecydowanie.
Od czego miałam zacząć? A tak, od Jelonka i Zabrza. Bo to było dobre! Oczywiście koncertowa przerwa śródsesyjna musiała się odbyć. A przy kim można się tak odstresować i wyszaleć, jak nie przy panu Michału Jelonku i Mańku? Zwłaszcza, gdy jedzie się z Majstrem, który nie da się nawet spokojnie napić wody, bo zaczyna bredzić o przysysaniu się do butelki. Na całe szczęście dosiadł się Siur, więc ekipa była prawie w komplecie. Anga niestety pogubiła się na dworcu i miała niewiarygodnego pecha do pociągów, więc się spóźniła. Na całe szczęście my, Manieczki, pecha nie miałyśmy i byłyśmy na samym szczycie vipowej listy. Koncert – co tu dużo mówić – fajowy był on był, nie przeszkadzały w zabawie ani wysoka temperatura, ani teksty Majstra o lizaniu paszki, ani nawet to, że Maniuś jest stary. No i wyrazy smutku, przejawiające się macaniem po sutkach. Myślę, że wpływ miało na to urodzinowe ciasto Mańka, które przyniósł nam i podał z ręki Jelonek. Tylko kurcze, więcej tak nie zignoruję Jebika. Nie, nie, nie.
Po koncercie były pyszne kebaby, rozmowy o mendżajnie i wczesnoporanne zabawy z Jockerem. A potem szybki sen, bo trzeba było jechać na Emo party, które odbywało się w moim domu xD Odkąd zaczęli pojawiać się przyszli uczestnicy imprezy, było wiadomo, że to będzie dobre! Znaczy: bEssS sĘssSóÓ. Kuba z makijażem rozbroił, ale Protegowany zmiażdżył system, naprawdę przykładając się do przebrania. Po drodze przekonałam się, że ALE URRRRRRRRRWAŁ! i dowiedziałam się o planach kulinarnych Kuby Kubeczka i Majstra. Impreza rozpoczęła się, gdy wszyscy wyprostowali włosy, odpowiednio podkreślili oczy i pomalowali paznokcie na jaskrawe kolory: czerwony jak ogień, czarny jak piekło itp., co i tak nie zmienia faktu, że wszystko było bEzZzzZ $sĘssSuU :-((((((((((( ;( Nawet te plastikowe noże, którymi się cięliśmy. Nie było więc wiadomo, gdzie jest dżemor i  w ogóle łotewa i łotadam. Między pojeniem Złotego i Bączka piwem a robieniem tatuaży niektóre sremo dzieci postanowiły pobawić się w Spidermana, przez co wprowadzony został obowiązek wyrażania pisemnej zgody na wychodzenie z pokoju, ale kij z tym, kiedy Marta i Żona (po którą wybraliśmy się na uroczy, niemal rodzinny spacer) miały przypływ weny tatuatorskiej, Dziwadło miało pijacką czkawkę a orzeszki zostały rzucone. Rzucono też hasła w stylu: ‘z tatusiem się nie stukniesz?’ więc jak można było się nie bawić? Można było to robić na wiele sposobów: jak Protegowany: leżąc pod łóżkiem i opowiadając o trzech kotach, jak Jezus, który dał się nie lada wytatuować, albo jak Kuba Kubeczek, który co chwile mówił mi, że zatrudni Walczaka w studiu tatuażu. Wyłudziłam też oj Majstra obietnicę na piśmie, że pojedzie na Jarocin, Złoty pokwitował i tak oto już jutro wyjeżdżamy na inspekcję.
Ale wracając jeszcze na chwilę do ImOoŁł PaRrRRRrtY! xD o.O : Tym razem to Sąsiadka zareagowała na niespodziewaną awarię, Majstra w niedawaniu spać zastąpił Kuba, śpiewy nocne o proroczych gdziemoichspodniach i innych takich były, Chmur zasnął na długo przed zakończeniem imprezy, co nie przeszkodziło mu ubrać pidżamy, a dziewczyny zgodnie chowały się przed Jezusem na balkonie. A i tak najlepsza była jajecznica o poranku i oczywiście telezakupy mango.
Idąc dalej: był egzamin, były jego wyniki. W zemście na nas, nieukach, skarżypytach i w ogóle najgorszych studentach babka trochę przedłużyła wpisy, ale cóż z tego, kiedy chcąc złego, wyrządziła niesamowite dobro! Najpierw dzięki temu szczur wypił dwa piwa na zielonej, miasteczkowej trawce, potem dwa piwa na uczelni (o nie! widziały nas z piwem Logopsiapsiółki! :O) a potem jeszcze pora się była zintegrować z niezintegrowanymi jeszcze dziewczętami. Koniec końców przyjechał po szczura taxi miejski driver Majster, żeby mnie odwieźć do Żony. I tak mogłam się przejechać po raz pierwszy w życiu na motórze. Oczywiście Majster nie byłby sobą, gdyby trochę nie popsioczył, ale nadal podtrzymuje obietnicę, że nauczy mnie jeździć. Zobaczymy :P
A potem w sumie był już przedslotowy wyjazd do Ali i sam Slot. U Ali było fantastycznie i – jak zwykle – syto. Okazało się, że Ala ma wiele urządzeń wielofunkcyjnych, na przykład pieprzniczkę. Ponadto dowiedziałam się, co w vivie piszczy, , że Chłosta łączy ludzi, że motywem przewodnim całego tygodnia będzie dupa (to wróżba Radka z chipsa – sprawdziła się!) i że panie Jajusz. Poza tym mistrzem picia piwa okazała się Gośka, ja z Dławidłem czułyśmy się winnie a Sławek musiał podskakiwać, żeby zmieścić cały obiad w brzuchu.
Po imprezie wybraliśmy się w końcu w stronę Wrocławia, gdzie postanowiliśmy spędzić prawie cały dzień, zwiedzając. I dobrze, bo okazało się, że moje zdolności wieszcze a propos pogody nadal działają a w dodatku odkryliśmy więcej krasnali, niż ja z Siurem! A przy okazji Żona poczęstowała nas naleśnikami  i mogliśmy skosztować Piasta. W wtorek natomiast zawitaliśmy już na Slocie. Jakie to było miłe uczucie, kiedy szło się do toja i załatwiało swoje potrzeby, słysząc cały czas djembe! Jak już przy tojach jesteśmy: dwie rzeczy. Raz: była rozkmina- jak cicho sikać w toju? Do dziś nie wiemy:P Dwa: już wiemy natomiast, czym się różni Slot od Woodstocku. Na Woodzie do czystego toja wejdzie jedna osoba i już przeważnie ciężko tam później wytrzymać. Na Slocie widać pokaźny kopiec kreta a i tak zapach jest neutralny. O!
Już pierwszego dnia była też shisha i to nie bezkolizyjna, Krystian okazał się być dobrym rymotwórcą, a w dodatku zrobił ci pojnik. Znaczy cipojnik. Znaczy cipo jnik. Ogólnie: don’t worry! Mogłam pobawić się w polonistycznego konsultanta na prośbę Gohy, posłuchać Teardrop w mega nagłośnieniu i spotkać się w Kiwi z Johnnym Deppem. Ale to już jak przyjechał Żandarm. Tak czy inaczej: pigmentpigmentpigment, ewentualnie pingwinpinginpingwinpingwin, człowiek człowiekowi wilkiem a kiwi kiwi kiwi, czym nie omieszkałam podzielić się z pochmurnym Mężem.
W ogóle to muszę się pochwalić, że miałam chyba najlepszą miejscówkę namiotową. Poza tym byłam na warsztatach z robienia kartek-rzeźb (wyszła mi taka, którą bez problemu zrobiłaby dziesięciolatka -.-‘), chóru nieśpiewającego, tańca żydowskiego (nie mogłam się powstrzymać!) i robienia koszulek. W sumie to sporo czasu zmarnotrawiłam na co innego, ale nie samymi warsztatami żyje człowiek! Bo na przykład grałam też w stópki w wersję zdecydowanie hardcore. Oczywiście ze stópkofilem Józkiem i jego ekipą. Leżałam też pod platanem, jadłam na murku i słuchałam koncertów. Nawet czasem przy okazji spalała się jakaś shisha czy coś. I padały teksty w stylu: -‘I-zra-el! I-zra-el! I-zra-el! – POLSKAAAAA!’. Przywiozłam też trochę nowych fascynacji muzycznych, niektóre z nich nawet najebiały na scenie, natomiast sporym rozczarowaniem była dla mnie Luxtorpeda. Niemniej jednak miło było mijać Litzę przez cały Slot:P Nostała też nowa tradycja, do której zagrzewał mnie okrzyk bojowy: OIOIOI! – mycie głowy ok. 1.00 czy 2.00 w nocy. I wyszło mi to na zdrowie! W ogóle to szczur się zakochał na slocie dwa razy. Po raz pierwszy w czekoladzie kokosowej, po raz drugi w pewnym przystojnym mężczyźnie, który okazał się ojcem dwójki dzieci. Niekoniecznie w tej kolejności:P Było też dużo rozmów z Żoną Bożyszczem, która dużo brudzi, ale myje za sobą łyżkę <3 I posiadówy w reggae tencie. I dużo rozmów o seksie, chociaż wcale nie rozmawialiśmy o seksie. Był tylko pieprz bez chemii, instrukcje do rozwiązania supełka: pociągnij, spuść, strzepnij w prawo i w lewo i takie tam. I przede wszystkim woda świecona, a to dzięki wielofunkcyjnej saperce. Ale najważniejsze: kto ma cycki, ten ma władzę! nawet jeśli skala porównawcza jest chujowa :P Niestety mimo posiadania cycków nie dane mi było wygrywać w chińczyka, który wyzwalał pokłady agresji, ale za to mogłam pić pyszna herbatę z sokiem imbirowym i uczestniczyć w dniu marudy. Co tu dużo mówić – już tęsknię za slotem! A na marginesie podzielę się odkryciem, że spanie samej w namiocie jest wypaśne! kiedyś jeszcze się tak wypnę na wszystkich (albo wszyscy na mnie, jeden pieron)  i sobie ponamiotuję sama. I mimo różnych mniej lub bardziej poważnych slotowych przemyśleń stwierdzam, że mogłabym jechać tam zupełnie sama.
Dobra. Koniec. Najbliższa relacja po Jarocinie. Macie dużo czasu, żeby przeczytać całą tą relację, która w sumie powinna być ze trzy razy dłuższa:P


szczur 13/07/roku pańskiego 2011 01:12:56 [komentarzy 2] dorzuć coś od siebie