Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
nie-mam-nazwy *szczurza norka - blog4u.pl

szczurza norka

Co za zdrowo, to niezdrowo.

W skrócie:

Piątek. Miłe zaskoczenie przez PKP, które mało, że nie strajkowało, to jeszcze zawiozło mnie z Krakowa do Oświęcimia pociągiem z klimatyzacją i najwygodniejszymi siedzeniami ever. Potem przygotowania do czarów, przyjazd Szynka i leniwy Leniwiec w cieniu. To w ten dzień zaskoczyło mnie parę rzeczy: że pociągi jednak jeżdżą po torach koło stadionu w Brzeszczach; że tanie wino w plastiku może smakować naprawdę dobrze - zwłaszcza gdy jest przyjemnie zimne; że tojki mogą mieć nie tylko kranik z pompką nożną, ale też mydło i papierowe ręczniki; że jestem charyzmatyczna (sic!); że jestem wybawicielką; że jestem Marią Magdaleną Kudłatym Szczurem. Poza tym piosenką dnia był zdecydowanie Pogodny cover Hallelujah. No i rada główna: pojki connecting people.

Sobota. Najpierw miłe południe z jedenastką Oceana u Dławidła, potem cytrynowe czary -mary. A później mimo cholernego upału skakanie na Plagiatach. Do upadłego. I wywróżyłam przelotny deszcz i Kota na koniec. Potem rozlało się piwo, komary żarły gorzej niż w Jarocinie a na parkingu byli ludzie z powiatu myślenickiego. I wreszcie nastał czas koncertu Tides From Nebula. Wprawdzie nie bardzo mogłam spełnić po raz drugi marzenie zielonej trawki, ale i tak było lepiej niż fantastycznie. Powtórzę po raz setny: jestem dumna, że na polskiej scenie muzycznej istnieje taki zespół. I chyba nie jestem odosobniona w tych ochach i achach - Dławidło po koncercie powiedziała, że to był najpiękniejszy koncert w jej życiu. Ależ się cieszyłam! Później pogibałyśmy się na Bakshishu i przyjechał Żandarm, który  później jechał niby powoli, ale wcale nie bezpiecznie.

Niedziela. Ekipa Oceana powiększyła się o jedną osobę a wcześniej woodstockowe słoneczniki pokazały się w kościele. Po południu poszliśmy zrobić sobie małą plagiatową powtórkę i wtedy okazało się, że w Czechowicach nie mogę pojawić się incognito. Z każdej strony znajomy. Poznałam też nową rurzastą miejscówkę, choć niestety przegapiłam taniec na rurze. Ale przynajmniej zobaczyłam się z Pielką i odebrałam z dworca Żonę, dzięki której koncert Stachurskiego był wręcz mistycznym przeżyciem. Jacek nas zauważył, patrzył w oczy, a nawet odpowiadał uśmiechem na uśmiech. I to była najpiękniejsza nagroda za nasze piski, okrzyki, skandowanie, machanie rękami, pokazywanie serduszek i wspólne śpiewanie. I jeszcze ten Dosko bis! Och, on Taki jest! Stachursky <3 Sztuczne ognie też były fajne, czułam się jak hobbici podczas pokazu Gandalfa. Na koniec dnia odwiedziliśmy Primusa, żeby poćwiczyć minę kota, uśpić Olgę i tradycyjnie wychodzić jako ostatni.

Żono, bardzo, ale to baaaardzo dziękuję za to, że przyjechałaś. Zresztą Ty wiesz :* Dławidło, Sąsiadko - dziękuję za przechowanie mnie w te dni. Szynek, Żandarm - ukłony za zorganizowanie czterech kółek. I w ogóle Kołki - to było dobre!

A poza tym - o kim myślicie, kiedy sikacie? I wiecie, że co za zdrowo, to niezdrowo?


szczur 31/08/roku pańskiego 2011 20:09:07 [komentarzy 2] dorzuć coś od siebie

Czy jeszcze jest jutro?

Zanim opowiem o pewnym amerykańskim podrzędnym horrorze, kilka newsów z placu boju (czyt. z kuchni): w końcu zrobiłam lasagne. Ba, nie jedną, a dwie. Wczoraj była mięsna. Zaskakująco smaczna. Dziś, jako że zostało mi makaronu, zrobiłam lasagne ze szpinakiem. Ludzie, ale to jest dobre! (ok, pochwaliłam się, dałam upust dumie i brakuje tylko potężnego beknięcia, które byłoby niczym indiańskie howgh!)

Teraz pora już na horror. Zaczyna się klasycznie: trójka dziewcząt jedzie  pod namiot. Wybierają miejsce daleko od domostw i zabudowań, w środku doliny. Otaczają je skały i las, obok przebiega ścieżynka, którą przecina strumień. Dziewczyny już po drodze żartują i straszą się nawzajem, przypominając co ciekawsze lub co bardziej absurdalne horrory. Jednak gdy okazuje się, że ich telefony nie łapią zasięgu a szlak turystyczny, przy którym się rozbiły, jest zadziwiająco pusty, ich uśmiechy są coraz mniej pewne. I w dodatku ci marines, którzy odbywali ćwiczenia terenowe przy wejściu doliny i dla których dziewczyny z bagażami były nie lada rozrywką... Nocą rozpaliły ognisko. Ciemność otaczała ich z każdej strony, a świadomość, ilu potrzebnych rzeczy nie zabrały ze sobą, wcale nie ułatwiała pobytu. Jedna z nich zapomniała adidasów. Druga - zamiennej baterii do latarki itd. Nagle z ciemności wybiegł ku nim biały labrador. Nie było go wcześniej słychać, więc dziewczyny nieźle się wystraszyły. Strach nie zdążył jeszcze opaść, kiedy za psem pojawił się staruszek, który zanim jeszcze był widoczny, rzucił z ciemności: Nie bójcie się. Najspokojniejszym i najdziwniejszym głosem, jaki kiedykolwiek słyszały trzy koleżanki. Na całe szczęście przybysz szybko sobie poszedł, ale powiedział im o sobie dziwne rzeczy, które dopiero po pewnym czasie zaczęły trapić dziewczyny. Żeby nie opowiadać sobie więcej strasznych historii, postanowiły grać na gitarze i śpiewać, dlatego nie usłyszały kolejnego przybysza, o tyle straszniejszego, że brodatego, z długimi włosami i robiącego dziwne rzeczy z rękami. Tak, tak, to był Majster (może akurat usłyszał piosenkę Arek Noek 'dziękuję Ci, Tato, za wszystko, co robisz... Nie boję się, gdy ciemno jest, Ojciec za rękę prowadzi mnie! - w sumie ta piosenka miała moc oswajania ciemności, a Majster podświadomie wiedział już, że zostanie tatą:P). I od tej pory pobyt w Dolinie Kobylańskiej stał się dla Walczaka, Aasi i Szczura bardziej komedią niż horrorem. Choć sensu mu nie przybyło za grosz :D Co nie znaczy, że pobyt tam to czas zmarnowany - wręcz przeciwnie! Zarządzam częstsze wyjazdy w plener, tam i dokładnie tam - bo lodówka jest za winklem, toaleta na szlaku turystycznym, jest skrzypiące pięknie drzewo, skała uniwersalna nadająca się do bycia stołem/sofą/wieszakiem/ołtarzem ofiarnym i nawet kruk. I zioła, które można dorzucać do ogniska i czarować. Oooo, tak. W sobotę komedia zrobiła się jeszcze ciekawsza - najpierw spotkałam Wiś z chłopakiem, potem przyjechał Masło, a na koniec Chmury, Olgi i Dławidła. Ale nie pojawiali się tak sami z siebie. To ja ich wyczarowywałam. Najpierw Majstra dzień wcześniej. Wypowiedziałam magiczną formułkę: Keczupor! Musztardor! Majonezator! i Majster przybył. Na drugi dzień powiedziałam, że Masło się pojawi, jak Żona wypije maślankę. Ledwo przełknęła ostatni łyk, pojawił się Masło. z prawdami życiowymi: maślanka dobra na wszystko! ognisko najlepiej podpalać telegazetą! Chmury przywiał wiatr, więc ich wróżyć nie trzeba było.
Było wesoło, głośno, płynnie i... śpiąco. Przynajmniej jeśli chodzi o niektórych ;p Był też kij, który ma dwa końce, kijekvip, pizza in vitro, zasypianie, gdy tylko dostało się w ręce gitarę, miejsce tajemniczego zniknięcia jakiejś ekipy z kieliszkiem widmo i domofonem, ba, była nawet Britney! I hitowe miny! (to już chyba będzie kobylańska tradycja, a przynajmniej mam taka nadzieję:D) Padło też pytanie egzystencjalne: czy jest już dzisiaj czy jeszcze jest jutro? I jedna z rzeczy najważniejszych - odnalazłam tatę. Fakt, że miał na sobie w pewnym momencie szarą bluzę z kapturem z Minnie na klacie, ale co tam. Majstrze, tatusiu! A, nie.  Jest jeszcze ważniejsza rzecz. Pająk chodził Chmurze PO GOŁEJ SKÓRZE! Tu, tu! :P I powiem Wam, że przypływ świeżej maślano-czarodziejskiej krwi w ekipie bardzo dobrze na mnie podziałał. Joanno, liczę, że masz ochotę na więcej wypadowo-ogniskowo-czarodziejskich nocy! :) Bo reszty Kołków chyba pytać nie trzeba, prawda?

Ekipie kobylańskiej dziękuję. Oby znów! I Picassowi podziękowania za piwnomiasteczkowe posiadówy z fasolkami w tle i za udostępnianie toalety. I Paletkom za prażone i drugi dom! I Żonie, za nieprzespaną, ale jakże cudowną noc z czepkiem, wziomem i całą resztą. Bożyszcze i Bożyszczur to  przedziwne, ale i przedziwnie fajne połączenie <3 


szczur 24/08/roku pańskiego 2011 13:32:01 [komentarzy 2] dorzuć coś od siebie

-Masz kawę? -Nie, na abonament.

Piję kawę (tak, kawę. Ostatnio coraz częściej i coraz bardziej chętnie, choć nadal tylko i wyłącznie w celach degustacyjnych, nie pobudzających) i pomyślałam, że można by znów wrzucić w sieć coś od siebie. Tym razem nie będzie jednak żadnych opisów fantastycznych wydarzeń i wspomnień o kołkowych wygłupach, bo... ich nie było.

Za to kilka luźnych refleksji:

Cieszy mnie fakt, że na ten portal blogowy nie dotarła jeszcze fejsbukowa cywilizacja. Nie można wpisów lubić, polecać, udostępniać. Chwała Panu (właścicielowi portalu).


Dziś rano na podłodze przy biurku znalazłam karteczkę z napisem PIOTR KUPICHA. Nie wiem, skąd się tam wzięła, ale na myśl o Kupisku najpierw chciałam schować się pod stół (ale schować się pod moim to byłby problem, nawet dla Dziwadła!), a potem o podbitym chmurnym oku i gangsterskim sylwestrze. Dobre to było!


Czy czytając w ogłoszeniu dotyczącym pracy: "dogodne godziny pracy, możliwość ustalania grafiku", przyszłoby Wam do głowy, że oznacza to: "wszystkie weekendy do końca roku, nie licząc Świąt"? Bo mi nie. Peszek.


Zrobiłam sobie w niedzielę minimaraton Potterowy i obejrzałam dwie części Insygniów Śmierci. I muszę przyznać, że znów odżyła we mnie chęć przeczytania całego Pottera od nowa. Wiem, wiem, to dziecinne, bzdurne i mało ambitne. Kij z tym. Bo jest też dobrze napisane, odpowiednio skomplikowane, z humorem i, przede wszystkim, zawsze do Pottera wracam z sentymentem, choć giną prawie wszyscy moi ulubieni bohaterowie. W ogóle szukając książeczki sanepidowskiej, znalazłam wycinek z gazety, gdzie jest moja chmurka, za którą dostałam pierwszy tom Harry'ego. Eh, pomyśleć, że byłam zła na siostry, że one dostały misie, a ja książkę z jakąś brzydką okładką.


Jutro miały być Pieniny. Zamieniły się niestety w zaproszenie na yerbę. Oczywiście skorzystam, bo z Paletkami widziałam się ostatnio... o cholera, chyba jeszcze w czerwcu. To się nie godzi. Skorzystam też dlatego, że trzeba zrobić sobie jakieś wspólne plany wypadowo-imprezowe. I może namówić na Jurę :D Jutro też chyba w końcu wezmę się na poważnie za czytanie wszystkich fajnych książek, które zgromadziłam, bo Brudnica będzie pozbawiona prądu cały dzień, nie będzie więc komputera / bloga / fejsa / House'a / filmów / muzyki (ale bez przesady, muszę naładować porządnie telefon, żeby móc puszczać sobie mp3!). A jak już przy filmach jesteśmy, to muszę przyznać, że nowe, głupiutkie polskie komedie mają jeden plus. Gdy się je ogląda, myślenie wyłącza się po kilku minutach, można więc odpocząć sobie umysłowo przez ok. dwie godziny.


I jeszcze spostrzeżenie: świat jest taki mały! Odnalazłam dawną fotoblogową znajomą dzięki temu, że na fejsbuku zaakceptowałam zaproszenie mojego wujka, który okazał się... bratem owej znajomej. Czy to nie piękne? :)

Dobra. Kawa się skończyła (dobra kawa się skończyła), więc ja też kończę. Bez wspomagaczy ciężko się pisze. Adios.


szczur 16/08/roku pańskiego 2011 22:01:15 [komentarzy 1] dorzuć coś od siebie

NFNŚ

Na ogórki Monix! Jak ja mam streścić tegoroczny Woodstock? No jak, pytam? Pewnie będę się nad tym zastanawiać jeszcze bardzo długo, ale mimo iż nie ogarniam nawet do tej pory fantastyczności tegorocznego Przystanku (bynajmniej nie mam na to wyjebane, co to, to nie!), to jednak z opisem trzeba się zmierzyć, bo miło będzie kiedyś do tego wrócić. I przypomnieć sobie co nieco. Bo niestety pamięć szczurza zawodną jest, a nawet zawódną, a już na pewno zaabsyntową. Bo absyntu było w tym roku przyjemnie dużo! Nawet ja z Córcią  przyczyniłyśmy się do zielonowróżkowania (z pierworodną Córcią, bo od tego PW mam też drugą. Pika, witamy w rodzinie!). Nawet zapijało się nim żubrówkę.  W ogóle asortyment alkoholowy był w tym roku wyjątkowo szeroki a nawet zeszłoroczny, bo udało się Żandarmowi i Majstrowi odnaleźć zakopane w 2010 roku wino. I to od pierwszego szczału! I to w reklamówce Lidla!

Ale zaczęło się od podróży i przesiadki w Kędzierzynie, Koźle!, poznania Marty oraz pana Marynarza i integracji wszelakich. Pan Marynarz był osobą o niezwykłym darze opowiadania a przy okazji częstował wybitnie dobrym trunkiem.  W dodatku jazda pociągiem niewoodstockowym pozwalała na spokojne wyprawy do tojków, których było pod dostatkiem, więc podróż upłynęła w warunkach bardzo komfortowych.

A na miejscu czekała już na nas cała zgraja barmyarmiowców: Jebie, Minix z Grizzlim, Kittie z Romanem i w sumie to nie pamiętam, kto jeszcze :P W każdym razie wioska nasza poszerzała się z minuty na minutę coraz bardziej a Angol wcale nie wskazywał na to, że jego jaja pozostaną nienaruszone. Jednak niedługo trzeba było czekać, aby poczuć kostrzyńską atmosferę i rozpocząć niekończące się rozmowy o piersiach. Swoją drogą Angol chciał mi wmówić, że kobiety mają sutki. To tak, jakby chciał powiedzieć, że Chmura ma sutki a nie napletki! W ogóle z Chmurą wiąże się trochę więcej opowieści – ot, choćby ta o wybiciu sobie zęba na moim czole (to wszystko dlatego, że byłam na woodzie SODNZL – Szczurem Odprowadzającym Do Namiotów Zezgonowanych Ludzi, dlatego też zostałam przez Gromka wydziękowana i wyprzepraszana, a przez drugiego Męża nazwana pedofilem!) czy ta, że Chmur wyglądał jak Bobek, gdy udawał kota, czym doprowadzał nas do płaczu ze śmiechu. No i PSZPS – Porozumiewanie Się Za Pomocą Skrótów. Zaczęło się banalnie – od NC – Najebanego Chmury. Potem poszło to dalej, przez PZZC – Pociągającego Ze Wzroku Chmury nawet po MPNGC – Mającego Pizzę Na Głowie Chmurę. Ba, przecież jeszcze w drodze powrotnej zabawa przeżywała swoje chwile chwały, kiedy połowa mijanych miejscowości zawierała skrót WLKP, co rozszyfrować można a nawet trzeba jako Wielkie Lanie Kurwa Piwa.

Jako że rozśpiewanie jest nierozłączną czynnością namiotową, już od podróży co chwilę powracała piosenka: Majster, Majster, pływa w oceanie, pluje cytrynówką, bo ma wyjebane! a na nutę o Kubie Górskim i bilecie miesięcznym tym razem śpiewano: on nie jest gruby tylko grubo ubrany! Oczywiście pojawiała się przyśpiewka o Acid Drinkers, a było też sporo stolatów, nawet przez telefon. Choć i tak nic nie przebije śpiewu Picassa. Zdecydowanie! Z Piką w ogóle bardzo rozumiałyśmy się jeśli chodzi o zachwyt nad wyglądem i oświetleniem sceny, a i muzycznie nawet często nadawałyśmy na tych samych falach.

Okazało się, że  także z Izajaszem nasze siedzenie w swoich głowach jest nadal aktualne, choć w nocy z piątku na sobotę Prorok miał na to wyjebane, a nawet miał focha. Co nie przeszkadzało mu śmiać się z naszych (tj. moich, Szynkowych i Pikowych) rozważań na temat proroczego wyjebania i fochania już parę tysięcy lat temu i z rad o dupie. Dzięki temu Izajasz nam nie zmarzł, ba, nawet trząsł się ze śmiechu i powtarzał co chwilę: Wy jesteście, kurwa, popierdoleni! czym niewątpliwie powodował wzrost naszego samopoczucia i naszej samooceny. Bo kto ma wyjebane, ten będzie miał dane! A z Sąsiadką odkryłyśmy, dlaczego musiała ona tak często robić kupę (co przy takich kolejkach do toja, jak tegoroczne, wcale przyjemne nie było, zwłaszcza gdy na przykład toj bardzo się kolebał, a niektórzy jeszcze mu w tym dopomagali. Choć czasem zdarzały się rzeczy prawdziwie przydatne, jak choćby przelot F-16, ale to już dotyczy Gromka). Wszystko sprawa zupek chińskich. Nazwa ‘Gorące Kubki’ [goronce kupk’i] mówi sama za siebie i wieszczy, co się po nich robi. I to w liczbie mnogiej :P

W ogóle wyciągnęliśmy wiele wniosków z wielu sytuacji. Bo zgodnie ze wskazówkami ruchu zegara (ukłon w stronę Kuby Kubeczka!) syn o nim mówi a pasztet aż zajęczy. I nie pamiętam, kogo stresowały latające misie, ale na pewno Redi mówi goł! I nie wiem, czy oglądaliście Martwicę mózgu, ale być może wiecie, co to mugolarka. Tak, to golarka dla mugoli. Ale co to mamata albo tatama wyjaśnijcie sobie sami, za dużo pisania.

Na woodstocku też przeszłam samą siebie, czego świadkiem byli Siur i Angol, a w dodatku dzięki nim w końcu spodobał mi się mój głos! W ogóle Siur bardzo ładnie się zachował i pozwolił także Asiurze pojawić się na woodstocku (ale wcześniej dzielnie zainstalowała Kittie w moim nieogarniętym do granic możliwości namiocie), choć Asiura już taka fajna nie była i przeklinała na Sąsiadkę po węgiersku, ale za to zafundowała nam niezłe show w rolach głównych z turlikaniem. Szkoda, że akcja Masła (który jest analfabetą, sam się przyznał!) z pomyleniem namiotów i chęcią wywalenia Kuby i Szynka z ich własnego domostwa jest nam znana tylko z opowieści. Choć muszę przyznać, że jedno z najpiękniejszych towarzyskich wspomnień tegorocznego woodstocku wiąże się z Bu i jej fantastycznym śmiechem. Boże, jeszcze nigdy się tak nie śmiałam! Myślałam, że z tego śmiechu umrę, ale wcale mi to nie przeszkadzało. I Bu chyba też nie, skoro potrafił ją rozśmieszyć nawet komunikat: Bu! Masz raka. Na całe szczęście Jezus opowiadał kurwa kawały, więc nie musiałam się obawiać o to, że Bu przestanie się nagle śmiać. Choć i tak mistrzami kawałów są Dawid i Maciek. A mistrzem przynoszenia dobroci w gościnę jest kuzyn Jezusa. Dlaczego odwiedził nas dopiero ostatniego dnia?

A poza tym: graliśmy w stópki i rozgrywki bardzo mi się podobały; Angol pluł leżajskiem. Dobrze, że ocaliłam tyle, ile mogłam; u kumpli Majstra było na pewno więcej, niż pięć gram. A skąd to wiadomo? Bo Majster tak ładnie wygląda; daliśmy się ograć w gigantyczne szachy przez bandę dzieciaków; pod Biedronką toje wyrastają na zawołanie i nawet mają papier; wymiana koszulek z Żoną, tak jak i pozowanie z nią do zdjęć (gdziekolwiek, nawet na wzgórzu ASP) jest zajebiste, choć i tak najlepsze koszulki ma zdecydowanie Grizzly, aż się dziwię, że nie ukradłam tek z grafiką Baizley’a, może dlatego, że Grzesiu tak ładnie wykrzyczał moją ksywę?; zabawa w wet willy’ego była fajna, chociaż niekoniecznie musiałam ją rozdziewiczać; Kfasu zrobił mi takie coś, że do teraz mam traumę; Mikele mnie pamiętał, jak go niekoniecznie od razu; nie udało mi się zobaczyć waltorni, ale Acidolę owszem; miło było dwukrotnie natknąć się na rodzynków z mojej uczelni, tak jak i na Ejsida, który nie pamiętał Dławidła; Dławidło tradycyjnie przywiozło genialnego murzynka i dostała maszynkę w sam raz do robienia zastruganej waginy; tekstowo rządził Charlie i słowa: wydupiaj! i zjebaaaaaaeś!; muzyczną poprzeczkę tegoroczny wood ustawił bardzo wysoko, nie tylko na dużej scenie.

Uffff, zmęczyłam się tym pisaniem i wspominaniem. Więcej mi się nie chce:P Tym samym kończę, dziękując wszystkim Kołkom, Niekołkom i Prawie Kołkom, bez których Woodstock nie byłby Najpiękniejszym Festiwalem Na Świecie! Wiecie, że to Wy, a dopiero potem pozostałe 700 000 ludzi tworzycie tą niesamowitą atmosferę :*

Na koniec chcę uwiecznić fakt że Brudnica została ochrzczona Ostatnim Przyjaznym Domem w drodze na wschód (a nawet była krzywa wieża w Brudnicy) a Kapitan Morgan zajął z miejsca wysoką pozycję w rankingu ulubionych szczurzych knajp.

PS wiecie, jak ciężko się pisze z wybitym kciukiem? bo automatycznie się go trochę usztywnia, a to boli :P


szczur 12/08/roku pańskiego 2011 14:01:44 [komentarzy 5] dorzuć coś od siebie

Ósmy grzech główny.

O Boże, jestem taka naiwna.


szczur 12/08/roku pańskiego 2011 11:14:58 [komentarzy 1] dorzuć coś od siebie