|
Ooo o o o oo! czyli sio, komar! Sio!
Kurde, nie wiem, czy kiedykolwiek miałam takie tyły z pisaniem. Chyba nie. Najwyższa z najwyższych pór właśnie mija, jak nie napiszę teraz, to już w ogóle się pogubię, a i tak jest ciężko. Jednak zaległości to zła rzecz. Zdecydowanie. Od czego miałam zacząć? A tak, od Jelonka i Zabrza. Bo to było dobre! Oczywiście koncertowa przerwa śródsesyjna musiała się odbyć. A przy kim można się tak odstresować i wyszaleć, jak nie przy panu Michału Jelonku i Mańku? Zwłaszcza, gdy jedzie się z Majstrem, który nie da się nawet spokojnie napić wody, bo zaczyna bredzić o przysysaniu się do butelki. Na całe szczęście dosiadł się Siur, więc ekipa była prawie w komplecie. Anga niestety pogubiła się na dworcu i miała niewiarygodnego pecha do pociągów, więc się spóźniła. Na całe szczęście my, Manieczki, pecha nie miałyśmy i byłyśmy na samym szczycie vipowej listy. Koncert – co tu dużo mówić – fajowy był on był, nie przeszkadzały w zabawie ani wysoka temperatura, ani teksty Majstra o lizaniu paszki, ani nawet to, że Maniuś jest stary. No i wyrazy smutku, przejawiające się macaniem po sutkach. Myślę, że wpływ miało na to urodzinowe ciasto Mańka, które przyniósł nam i podał z ręki Jelonek. Tylko kurcze, więcej tak nie zignoruję Jebika. Nie, nie, nie. Po koncercie były pyszne kebaby, rozmowy o mendżajnie i wczesnoporanne zabawy z Jockerem. A potem szybki sen, bo trzeba było jechać na Emo party, które odbywało się w moim domu xD Odkąd zaczęli pojawiać się przyszli uczestnicy imprezy, było wiadomo, że to będzie dobre! Znaczy: bEssS sĘssSóÓ. Kuba z makijażem rozbroił, ale Protegowany zmiażdżył system, naprawdę przykładając się do przebrania. Po drodze przekonałam się, że ALE URRRRRRRRRWAŁ! i dowiedziałam się o planach kulinarnych Kuby Kubeczka i Majstra. Impreza rozpoczęła się, gdy wszyscy wyprostowali włosy, odpowiednio podkreślili oczy i pomalowali paznokcie na jaskrawe kolory: czerwony jak ogień, czarny jak piekło itp., co i tak nie zmienia faktu, że wszystko było bEzZzzZ $sĘssSuU :-((((((((((( ;( Nawet te plastikowe noże, którymi się cięliśmy. Nie było więc wiadomo, gdzie jest dżemor i w ogóle łotewa i łotadam. Między pojeniem Złotego i Bączka piwem a robieniem tatuaży niektóre sremo dzieci postanowiły pobawić się w Spidermana, przez co wprowadzony został obowiązek wyrażania pisemnej zgody na wychodzenie z pokoju, ale kij z tym, kiedy Marta i Żona (po którą wybraliśmy się na uroczy, niemal rodzinny spacer) miały przypływ weny tatuatorskiej, Dziwadło miało pijacką czkawkę a orzeszki zostały rzucone. Rzucono też hasła w stylu: ‘z tatusiem się nie stukniesz?’ więc jak można było się nie bawić? Można było to robić na wiele sposobów: jak Protegowany: leżąc pod łóżkiem i opowiadając o trzech kotach, jak Jezus, który dał się nie lada wytatuować, albo jak Kuba Kubeczek, który co chwile mówił mi, że zatrudni Walczaka w studiu tatuażu. Wyłudziłam też oj Majstra obietnicę na piśmie, że pojedzie na Jarocin, Złoty pokwitował i tak oto już jutro wyjeżdżamy na inspekcję. Ale wracając jeszcze na chwilę do ImOoŁł PaRrRRRrtY! xD o.O : Tym razem to Sąsiadka zareagowała na niespodziewaną awarię, Majstra w niedawaniu spać zastąpił Kuba, śpiewy nocne o proroczych gdziemoichspodniach i innych takich były, Chmur zasnął na długo przed zakończeniem imprezy, co nie przeszkodziło mu ubrać pidżamy, a dziewczyny zgodnie chowały się przed Jezusem na balkonie. A i tak najlepsza była jajecznica o poranku i oczywiście telezakupy mango. Idąc dalej: był egzamin, były jego wyniki. W zemście na nas, nieukach, skarżypytach i w ogóle najgorszych studentach babka trochę przedłużyła wpisy, ale cóż z tego, kiedy chcąc złego, wyrządziła niesamowite dobro! Najpierw dzięki temu szczur wypił dwa piwa na zielonej, miasteczkowej trawce, potem dwa piwa na uczelni (o nie! widziały nas z piwem Logopsiapsiółki! :O) a potem jeszcze pora się była zintegrować z niezintegrowanymi jeszcze dziewczętami. Koniec końców przyjechał po szczura taxi miejski driver Majster, żeby mnie odwieźć do Żony. I tak mogłam się przejechać po raz pierwszy w życiu na motórze. Oczywiście Majster nie byłby sobą, gdyby trochę nie popsioczył, ale nadal podtrzymuje obietnicę, że nauczy mnie jeździć. Zobaczymy :P A potem w sumie był już przedslotowy wyjazd do Ali i sam Slot. U Ali było fantastycznie i – jak zwykle – syto. Okazało się, że Ala ma wiele urządzeń wielofunkcyjnych, na przykład pieprzniczkę. Ponadto dowiedziałam się, co w vivie piszczy, , że Chłosta łączy ludzi, że motywem przewodnim całego tygodnia będzie dupa (to wróżba Radka z chipsa – sprawdziła się!) i że panie Jajusz. Poza tym mistrzem picia piwa okazała się Gośka, ja z Dławidłem czułyśmy się winnie a Sławek musiał podskakiwać, żeby zmieścić cały obiad w brzuchu. Po imprezie wybraliśmy się w końcu w stronę Wrocławia, gdzie postanowiliśmy spędzić prawie cały dzień, zwiedzając. I dobrze, bo okazało się, że moje zdolności wieszcze a propos pogody nadal działają a w dodatku odkryliśmy więcej krasnali, niż ja z Siurem! A przy okazji Żona poczęstowała nas naleśnikami i mogliśmy skosztować Piasta. W wtorek natomiast zawitaliśmy już na Slocie. Jakie to było miłe uczucie, kiedy szło się do toja i załatwiało swoje potrzeby, słysząc cały czas djembe! Jak już przy tojach jesteśmy: dwie rzeczy. Raz: była rozkmina- jak cicho sikać w toju? Do dziś nie wiemy:P Dwa: już wiemy natomiast, czym się różni Slot od Woodstocku. Na Woodzie do czystego toja wejdzie jedna osoba i już przeważnie ciężko tam później wytrzymać. Na Slocie widać pokaźny kopiec kreta a i tak zapach jest neutralny. O! Już pierwszego dnia była też shisha i to nie bezkolizyjna, Krystian okazał się być dobrym rymotwórcą, a w dodatku zrobił ci pojnik. Znaczy cipojnik. Znaczy cipo jnik. Ogólnie: don’t worry! Mogłam pobawić się w polonistycznego konsultanta na prośbę Gohy, posłuchać Teardrop w mega nagłośnieniu i spotkać się w Kiwi z Johnnym Deppem. Ale to już jak przyjechał Żandarm. Tak czy inaczej: pigmentpigmentpigment, ewentualnie pingwinpinginpingwinpingwin, człowiek człowiekowi wilkiem a kiwi kiwi kiwi, czym nie omieszkałam podzielić się z pochmurnym Mężem. W ogóle to muszę się pochwalić, że miałam chyba najlepszą miejscówkę namiotową. Poza tym byłam na warsztatach z robienia kartek-rzeźb (wyszła mi taka, którą bez problemu zrobiłaby dziesięciolatka -.-‘), chóru nieśpiewającego, tańca żydowskiego (nie mogłam się powstrzymać!) i robienia koszulek. W sumie to sporo czasu zmarnotrawiłam na co innego, ale nie samymi warsztatami żyje człowiek! Bo na przykład grałam też w stópki w wersję zdecydowanie hardcore. Oczywiście ze stópkofilem Józkiem i jego ekipą. Leżałam też pod platanem, jadłam na murku i słuchałam koncertów. Nawet czasem przy okazji spalała się jakaś shisha czy coś. I padały teksty w stylu: -‘I-zra-el! I-zra-el! I-zra-el! – POLSKAAAAA!’. Przywiozłam też trochę nowych fascynacji muzycznych, niektóre z nich nawet najebiały na scenie, natomiast sporym rozczarowaniem była dla mnie Luxtorpeda. Niemniej jednak miło było mijać Litzę przez cały Slot:P Nostała też nowa tradycja, do której zagrzewał mnie okrzyk bojowy: OIOIOI! – mycie głowy ok. 1.00 czy 2.00 w nocy. I wyszło mi to na zdrowie! W ogóle to szczur się zakochał na slocie dwa razy. Po raz pierwszy w czekoladzie kokosowej, po raz drugi w pewnym przystojnym mężczyźnie, który okazał się ojcem dwójki dzieci. Niekoniecznie w tej kolejności:P Było też dużo rozmów z Żoną Bożyszczem, która dużo brudzi, ale myje za sobą łyżkę <3 I posiadówy w reggae tencie. I dużo rozmów o seksie, chociaż wcale nie rozmawialiśmy o seksie. Był tylko pieprz bez chemii, instrukcje do rozwiązania supełka: pociągnij, spuść, strzepnij w prawo i w lewo i takie tam. I przede wszystkim woda świecona, a to dzięki wielofunkcyjnej saperce. Ale najważniejsze: kto ma cycki, ten ma władzę! nawet jeśli skala porównawcza jest chujowa :P Niestety mimo posiadania cycków nie dane mi było wygrywać w chińczyka, który wyzwalał pokłady agresji, ale za to mogłam pić pyszna herbatę z sokiem imbirowym i uczestniczyć w dniu marudy. Co tu dużo mówić – już tęsknię za slotem! A na marginesie podzielę się odkryciem, że spanie samej w namiocie jest wypaśne! kiedyś jeszcze się tak wypnę na wszystkich (albo wszyscy na mnie, jeden pieron) i sobie ponamiotuję sama. I mimo różnych mniej lub bardziej poważnych slotowych przemyśleń stwierdzam, że mogłabym jechać tam zupełnie sama. Dobra. Koniec. Najbliższa relacja po Jarocinie. Macie dużo czasu, żeby przeczytać całą tą relację, która w sumie powinna być ze trzy razy dłuższa:P
| || bez podpisu ||
|
| Fajny blog. Zajrzyj do mnie ! ; D |
|| http://opisy-na-gadu.blog4u.pl/ || data: 16/09/roku pańskiego 2011 16:31:58
zalogowany || IP: zalogowany
|
| || pika ||
|
| no to nie szwendaj się, tylko przedłuż ją razy trzy !! xD |
|| brak www || data: 20/07/roku pańskiego 2011 17:58:40
za.mynet.com.pl || IP: 89.174.79.78
|
|