|
Martwy płód zajęczy.
Tak, wiem. Karygodne, bezduszne, okrutne. Nie wolno zostawiać Was na tak długo. Ani Was, ani wspomnień o wydarzeniach, które miały miejsce. Bo teraz będzie hurtowo, chaotycznie i nie tak, jak powinno. Gdyby tylko doba miała choć godzinę więcej, to może udałoby się zapobiec takiemu zachowaniu. Ale nie, ani tych sześćdziesięciu minut...
Ale. Najpierw trzeba wspomnieć o umieraniu z doznań estetycznych, których dostarczył zespół Tides From Nebula. Setlista zarówno z Krakowa jak i Bielska była i d e a l n a i satysfakcjonowała szczura w stu pięćdziesięciu ośmiu procentach. A w dodatku niebanalne towarzystwo krakowskie pod postacią Żony, Siura i Dławidła, a potem też Majstra i Karoliny oraz towarzystwo bielskie pod postacią Adama, Eweliny i ostatecznie także Żony uświetniało wszystko. Można jeszcze dodać mudźyńską manię Siura, miasteczko studenckie, toitoia jak z nieba, powrót do porannych cichych tradycji szczura, koszulkę za desperadosa i pochwały moich umiejętności kierowniczych i ma się mniej więcej ogląd na ten niewątpliwie dobry czas. Nawet nie przeszkadzało mi to, że pan na wejściu nie uwierzył, że jeszcze dzień wcześniej byłam Izajaszem. Wartało spróbować ;D
Było też jedno spontaniczne spotkanie z Wtrobkiem, które zaowocowało spontanicznym spotkaniem pana Świetlickiego i trochę mniej spontanicznym spotkaniem półtora tygodnia później w elitarnym, zacnym, licealnym gronie z Góró na czele, choć nie na szczurzym materacu. Wprawdzie Wątroba za drugim razem miała pecha i nie trafiła na dobrą szczurzą kondycję, to jednak może chociaż... Perły przed szczury? ;> ale za pierwszym razem było tyle śmiechu i tyle wspomnień, że nasze kaloryfery trochę potem pobolewały.
Muszę też powiedzieć, że zmieniłam zupełnie pogląd na babskie imprezy. To nie przynudnawe posiadówy z komediami romantycznymi i litanią gorzkich żali w tle. To raczej impreza z szalonymi pomysłami, porno sesjami, robieniem brzydkich rzeczy i akwariówką. Lateksy, rakiety, dziwki, wóda, koks... I Żona, która jednak nie przyznawała się do prawdziwości naszego związku. Trudno :P Choć dzień później pojechała ze mną na Szynkową osiemnastkę. Oczywiście musiałyśmy się spóźnić, ale że Kołki kochają... :) I to dzięki temu spotkaniu mogłam się dowiedzieć, że jestem podstoliną i to podręczną (skąd to wiadomo? bo jak szczur słucha szczura...), że pies, który jeździł kuleją to się aż oka w łezku kręci, bo strasznie ta dzisiejsza mało młodzież pije! ogólnie to pojebało mi łosie, bo martwy płód zajęczy. I to wszystko o północy, ponieważ jak jest godzina 0.00, to można przyjąć, że jest 25. Ach, w ogóle jaki Siur miał dobry humor! Szkoda tylko, że nie spóźniła się na ciopąg.
A, no i maślana impreza też była. Był prezent w postaci tortu maślanego i maślanki dobrej na wszystko, był Jezus, Maria, co za muzyka! i człowiek z kartonem na głowie. I choć Żona zarzekała się cały wieczór, że nie chodzi o Hankę eM., to jednak patrząc dnia następnego w jej oczy, a nawet jedno oko, można było dojść do zupełnie przeciwnych wniosków. Jestem dumna z tego, że udało się przebrać Majstra, tańczyć z Karoliną (choć kurczę, muszę przyznać, że sprowokowanie Majstra do tańczenia też dało dużo satysfakcji!) i odnaleźć Żonę :P Ogólnie wiele brudnickich stereotypów padło. Głównie obalony został ten, że jestem przyjezdna :P Odkryłam też, jak wiele wspólnego mam nadal z moim kuzynem, że każdy Majster jest Jezusem, ale nie każdy Jezus jest Majstrem i że nie zawsze kobieta w kuchni jest mile widziana. Mile widziana jest za to czasem stopa, bo pomaga umiejscowić zaginionych w akcji. Mile widziane jest też spełnianie marzeń szczura, choć tym akurat nie powinnam się chwalić. Ale dostałam pozwolenie od Żony, więc skorzystałam. I bynajmniej nie chodzi tu o zdradę małżeńską. W sumie to nawet wręcz przeciwnie ;> I tak z ludzi, którzy przyszli na imprezę z założeniem: 'wypijemy, co mamy, i wracamy', zamieniliśmy się w ludzi wychodzących z imprezy ostatni, zamykając salę razem z solenizantem. Aaaale to było dobre! I nie cyganię! :D
Międzyczasie zostałam też oceniona jako dobra bardzo dobra korepetytorka i pani, która prowadzi najfajniejsze zajęcia w tygodniu, więc nie mogę powiedzieć, że się obijam :P Nawet póki co książki wszystkie czytam (choć jednej skończyć się nie udało:P), jakieś notitzen machen i zdążam jeszcze odwiedzać rodzinę. Jest moc! Zwłaszcza że chodzenie na fakultety o nieludzko późnej porze owocują zaproszeniami na kolację, integracjami, carpediemami i innymi spontanami. W sumie z powyższego zapisu wynikają trochę nieprawdziwe proporcje między przyjemnościami i obowiązkami, ale hu kers?
Liczę, że po następnym weekendzie odezwę się szybciej. Ach, te rogate plany!
| || Dagmara ||
|
Cześć, przeczytałam w którymś z Twoich starych postów, że przeżyłaś dyżur u Białoty. Domyślam się, gdzie studiujesz lub studiowałaś. Ja stoję przed tym samym wyzwaniem i strasznie się boję, a na dodatek nie wiem jak taki dyżur wygląda :< Także jutro będę pewnie srać ze strachu. Mogłabyś mi jednak powiedzieć czy na dyżurach on też jest taki przerażający? I przede wszystkim jak ten cały dyżur wygląda:(
Pozdrawiam,
Daga
dagmara_m@poczta.onet.pl |
|| brak www || data: 22/11/roku pańskiego 2011 15:26:22
6.77.classcom.pl || IP: 195.150.77.6
|
|