Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
nie-mam-nazwy *szczurza norka - blog4u.pl

szczurza norka

Lipa. Z miodem.

Ostatnimi czasy tak się wszystko poprzewracało, że weekendy służą nie do odpoczynku, a do sporej dawki szaleństw, spotkań i koncertów, a czas w ciągu tygodnia to czas na względny wypoczynek i regenerację sił. Mąż bierze ze mnie coraz większy przykład z tego co wiem i ciekawa jestem, czy wyjdzie mu to na dobre. Ten weekend postanowił nawet spędzić częściowo w Jaszczurowej, spełniając życzenie Marty i Sławka, chcących poznawać powoli kołkową paczkę.
Dlatego siedzieliśmy sobie w czwórkę w sobotni wieczór, czytając sobie w ustach, bawiąc się w filpologowe zabawy słowne, przywołując tycznie i poznając nowe drinki robione przez pana Paletkę, który dodatkowo przyznał się do słabości wobec Klakiera. Kuchenne rozmowy pełne napiwków, nażarówek i nalampek i bogate w dialogi w stylu:
-Sekret mnicha
-Chyba kopiec kreta
zakończyły się wyjściem na wyższy level w celu sprawdzenia niedoszłego maila. Ale nie ma tego złego - dzięki temu mogliśmy tankować  w wielu tego słowa znaczeniach, okazało się, że Chmur nie umie grać zespołowo, mężczyźni, gdy grają w szachy, są bardzo cicho, a Marta lubi baflować. Rozkręciliśmy się nawet na tyle, że łapaliśmy się za kolana, oglądaliśmy Bombę i... śpiewaliśmy! A wszystko przez gitarę i o! rgany! Nawet szczur grał na gitarze (o próbach śpiewu wolę nie wspominać -.-') xD W dodatku Chmur wyjątkowo często urywał a Paletki z równie dużą częstotliwością wspominali lipę (z miodem). A gdy Marcie nie udało się zmusić mężczyzn do noszenia obrusu na głowie, poszliśmy spać, żeby o nieludzko wczesnej porze Chmur mógł mnie obudzić i nie dawać spadź. To barbarzyńskie zachowanie potęgował kolejnym urywaniem, spychaniem z łóżka, zabieraniem telefonu i włączaniem budzika, jednak walczyłam wytrwale aż do zejścia na dół Sławka i Marty. A potem się rozjechaliśmy, każdy w swoją stronę, wypełniać rodzinne powinności. Szczur, tak jak obiecał, na obcasach!
Dzień jutrzejszy przeznaczam więc na lenistwo i ewentualny referat z rozwoju mowy dziecka, ale pracę trzeba będzie sobie dawkować stopniowo i z dużym umiarem.
Gospodarzom, Marcie i Sławkowi oraz Chmurze ładnie dziękuję za fajowy wieczór :*  Czy ja już mówiłam, że lubię jeździć do Jaszczurowej?:D


szczur 31/10/roku pańskiego 2010 22:45:11 [komentarzy 7] dorzuć coś od siebie

Hałała!

Z rozpędu chciałam zacząć pisać o minionym weekendzie, a tu przecież nie było ani słowa o Hunterze i całym poprzednim tygodniu. I jako że jednak myślami jeszcze jestem bardzo łikendowa, to tylko parę bardziej retrospektywnych słów.
Hunter zagrał naprawdę dobry koncert, jak to na jubileusz przystało. Między wieloma stolatami i niechwamgwaizdkami pojawiały się idealnie szczurze piosenki - życzenia, ledwo je Ali werbalizowałam. To mi się podobało! A potem było znęcanie się nad Dziwadłem i śmichy chichy, a wcześniej moje wina, moje wina, moje bardzo wielkie wina, dowiedziałam się że jestem filpolożką numer dwa (dopiero), a Ala ze swoimi pytaniami pobiła wszystko podczas opowiadania o zaczepaku: Z wami w środku? I jedz tu sobie człowieku kanapkę z pasztetem i pomidorem, względnie w wersji dziwadłowej bez pomidora.
A w środku tygodnia były jeszcze państwowe przygody z darmowym bilardem i ośmioma facetami. Wtedy pojawił się również Autsajder tym tym tyryrym tym i Ala nie waląca pały w wersji karaoke.
A ukoronowaniem wszystkiego był ciągnący się za mną posmakiem błogości weekend. Nie powiem, dużo obiecywałam sobie po spotkaniu z Siurem i koncercie Tides From Nebula, ale to co się wydarzyło... No to było o wiele lepsze, niż dobre! Już sam fakt zobaczenia się z Siurem po ponad miesięcznej siostrzanej abstynencji to było coś. I tak sobie teraz myślę, że ten stan uciechy dziwnie się nam objawiał. Gdyby tak ktoś obserwował nas w Empiku... Potem było odkrycie megagafy szczurowo-fotograficznej, potem niepoprawne politycznie dokarmianie kaczek, a potem punktualnie rozpoczęty koncert. I dobry, ale nie jakoś specjalnie szałowy koncert Kethy. Jednak math lepiej brzmi mi z odtwarzacza. Może to kwestia nagłośnienia, może nieprzyzwyczajenia do takiego typu koncertów. Nie wiem. Ale za to TFN! Raj dla szczurzych uszu! I chyba nie tylko szczurzych :D Nic tylko trawka, niebo i relaks... Zupełna beztroska i płynięcie razem z nurtem muzyki.
A w trakcie okazało się, że czeka w Czecho proroczo-atmosferyczno-sąsiedzka niespodziewanka, więc gdy już koncert dziękczynienia się skończył (punktualnie, żeby nie rzec: przed czasem!)  i Kuba Bunny Tsukino został zidentyfikowany mimo braku niebieskiej spódniczki, udałyśmy się z Siurem na piwo do centrum:P I to też było baaardzo dobre! Wyszło na jaw, że Siurowi śni się po nocach banan w cienkim cieście, Paktofonika czerpie z Metalliki...nazwę, a Chmur uświadomił nas, że ananas ma dziurkę. On też (Chmur, nie ananas:P) szczeka po jednym piwie, ale trzeba uważać i tego pierwszego piwa nie przegapić, bo za drugim już ciężko, żeby coś wyszczekał. Izajasz pięknie pozował do zdjęć z Lechami, a Sąsiadka tak nalegała na to, żeby lecieć w kulki, że wszyscy się zgodzili i tak oto Siur kozłował bile i grał w podskokach, uderzaliśmy w bile w paski a nawet kolor niebieski udawał czarny. I niech ktoś powie: zrobił szczur jakiekolwiek postępy w grze? zrobił?
Międzyczasie przyszedł Robert, nakłaniający mnie do zmiany charakteru przyjazdów do Czechowic i bardzo miło z nami konwersujący. Choć i tak nie zaskoczył nas on, tylko Chmura kupujący... colę:P
Jak zrobiło się trochę późno, poszliśmy do domu, ale nie Siurowego, tylko Sąsiadkowego i pooglądaliśmy Rrrr, zastanawiając się, jak nazywa się zapowiadacz nocy. Zarazbędzieciemnik? Ściemniacz? Ale gdy Siur już pomruczał przez sen a piwo się wypiło, przeszłyśmy te trzy kroki (przechodząc obok mojego przyszłego mieszkania 3 i 3/4) i poszłyśmy spać. A rano: leń, mysz karateli (a co to jest karatela?), spacer na ruły, który bardzo mnie urzekł i dość długaśny, aczkolwiek trochę nietypowy powrót do domu.
Kołeczki, Wy wiecie :*


szczur 25/10/roku pańskiego 2010 23:36:05 [komentarzy 5] dorzuć coś od siebie

In de skaj!

Matko Bosko Kochano, zaczął się rok akademicki i szczur już od razu zaniedbuje bloga. Ale mam tupet:P
Ale jeśli tak dalej pójdzie, to w końcu stwierdzę, że mam stuprocentowe życie studenckie. Spotkania, zielone trawki, późne powroty (o ile:P), sporo obijania się (choć to akurat jest złe i już zdążyłam narobić sobie zaległości -.-') i krajo/puboznawcze wycieczki. Szczur czuje, że żyje :)
Tak oto na przykład z Lasią rozdziewiczyłyśmy w tym roku zieloną trawkę na miasteczku, poznałam nową współlokatorkę Ali, odnowiłam gorlickie znajomości i oglądałam Gwiezdne wojny (na trzeźwo by to nie przeszło!). Z tymi wojnami to sytuacja dość zabawna, bo im dłużej je oglądałam, tym większą kompilację filmów czy książek tam widziałam, a zdecydowanie najzabawniejszym zdaniem był rozkaz, żeby bezzwłocznie zabić. Było też wtedy dużo anala, a Gośka to się nawet w nim zakochała.
Nazajutrz kołki filpologowe pojechały do Pieskowej Skały z górnej płyty dworca. Ale niech Was nic nie zmyli - górna płyta dworca to nie ta nad dolną, o nie! to ta nad gejlerią! Tak czy inaczej busa znalazłyśmy, tak jak i szlak do Ojcowa, który momentami zamieniał się w zabawę w podchody, ale co tam, kiedy od Pieskowej skały towarzyszył nam... pies. Z założenia pasterski ;D Do Ojcowa więc zawędrowałyśmy, widoki popodziwiałyśmy (łącznie z głową węża, scenerią do horroru i pidłem), a potem, zadowolone, wróciłyśmy busem na telefon.
A był jeszcze udany i nieudany bilard, łapanie promyków słońca czy piwo z Izajaraszem, który wyrwał mnie z łap Daimona Freya w Empiku.
No i był koncert! Tak jak już gdzieś tam wspominałam, wpierdalałam się z Dziwadłem między wódkę i zakąskę. Choć zanim to nastało, odkryłyśmy zaczepak ze wspaniałym dywanem dostosowanym do naszego wzrostu. I dopóki pani nie spsuła naszej idealnej miejscówki, nosił dzban razy kilka, a potem były ściany bez okien z nadmierną ilością okien. W Imbirze natomiast ciasno, ale swojsko, Yrowe koszulki same przyciągały do nas Yrego, który miał wczoraj yrydziny, a nawet znalazła się Monix. Zacier dał radę, ale to, co zrobił Kabanos... Miazga. Dawno nie byłam na tak pozytywnym i szalonym koncercie. Tyyyyle pozytywnej energii i tyle jaj...  in de skaj! xD No cóż. Dziś tą energię spożytkuję na Hunterze, skacząc gdzieś pewnie w okolicach Jelonka;D
A z Brudnicy tak poza tym: w końcu pojawił się nowy toster, więc mogę wrócić do nałogu. I wyciągnęłam stare, góralskie kapcie, w których w końcu nie marzną mi stopy (ale też nie świecą). I w sumie mogłabym coś jeszcze na temat samych studiów napisać, ale mam tak brzydki lakier na paznokciach, że już mnie to razi w oczy, więc nie mogę patrzyć więcej, jak moje palce uderzają o klawiaturę :P

Adios, mordki!


szczur 17/10/roku pańskiego 2010 13:01:58 [komentarzy 4] dorzuć coś od siebie

Ten ten ten!

I stało się. Rok akademicki i koncertowo-towarzyski został rozpoczęty. Zacnie i godnie, tak jak było to zaplanowane.
Najpierw dziwadłowo-chmurno-szczurze gotowanie, brudzenie kuchni, sprzątanie kuchni, robienie zupy czosnkowej, pizzy hawajskiej bez szynki i ananasa, poznawanie topografii mężowej kuchni (hmmm, albo postgrafii? w każdym razie sztuki użytkowej:P) i niekończące się rozmowy językowe. Dowiedziałam się, jak powiedzieć trzydzieści po angielsku w wersji chińskiej (ten ten ten), że jak nie żyje w chlewie, a jagnie to nie wiem (albo jagnie żyje w chlewie, a jak nie, to nie wiem, do wyboru, do koloru), że podczas sytuacji awaryjnej trzeba call 999, a okrzyk bojowy Brook to 'wal Tornia!'. Rozmowy językowe (bo na szczęście nie mieliśmy postu lingwistycznego) ciągnęły się zresztą przez całą sobotę i niedzielę, z czego powstała cytrynówka skacząca tulipa, cielęcie albo fak! tycznie! choć nie wiemy, co to tyczeń. I nie wymyśliliśmy tego, ale może to wina Chmury, który nie był w formie, powiedział otwarcie, że nie chce pic alkoholu i zgadzał się bez żadnej dyskusji ze mną i z Dziwadłem w wielu kwestiach.
Wieczorem zebraliśmy się do Galicji na koncert Reckis (tak krzyczeli fani, głupio się wymawia:P) i Plagiatu, po drodze zahaczając o sarenkę, yyy, znaczy budkę i zagaraże. Potem były jeszcze drugie zagaraża i chrupki jabłkowo-brzoskwiniowe, ale to dopiero, gdy już byliśmy zaopaskowani i przywitani z Misią, Markiem i moim Protegowanym. Ale mi zrobił niespodziankę, że tam był! A później już były tańce, harce i granie w stópki, niekoniecznie w tej kolejności. Musiałam podwójnie uważać, bo nie tylko Chmurze od czasu do czasu zachciewało popchnąć się mnie w tłum. Do zabawy przyłączył się Marek, więc często gościliśmy w środku mini pogo i zaowocowało to BUŁką na mojej nodze. A nawet dwoma!
Po koncercie przemieściliśmy się do Prima. Po drodze zobaczyłam, że w Czecho jest pteka Max i poznałam nowe zakątki. A w Primie znów spotkaliśmy Protegowanego, który wypił niewyobrażalną ilość baflo, zajadaliśmy się Maxi Tycinkami dzięki paskudnemu Pilznerowi, który na szczęście ewoluował w leszka, a Chmura przez zasypianie spadał z ławki. Okazało się, że niektórzy kościuszkowcy mnie pamiętają, że już 15 osób prosiło Roberta o wejście na koncert do Krk i że Dziwadło straciło dużo fajek. A Chmur w przerwie między jedną drzemką a drugą próbował namówić mnie do udzielania mu pierwszej pomocy i pomagał w diagnozie, bo miał wiele niepokojących symptomów: niekontrolowane chwilowe utraty świadomości, niekontrolowaną czkawkę, zaniki pamięci itepe. I urwał mi opaskę, choć wiedział, że nie ma takiego urywania. Na szczęście położyło się na nim Dziwadło i był spokój :P
Nocne przygody zakończyły się rozbiciem butelki i brakiem hot dogów, na szczęście było mi ciepło mimo skradzionej kurtki, bo mogłam chodzić w kurtce Chmury, która była nawet na Saharze.
A rano czyli w południe shisha, film i gotowanie z akompaniamentem Chopina. Fryderyka!
Dobre to było! Ja chcę jeszcze:D Szczur wędrowny nie ma chyba nigdy dość. Trzeba w końcu zjeść wiśnie!:D


szczur 3/10/roku pańskiego 2010 20:31:41 [komentarzy 4] dorzuć coś od siebie

Do szkoły, bachory!

Godnie zakończyłam wakacje. Pomogła mi w tym niezastąpiona Żona moja, serce moje, która szczelała se moje i w moje. Jeszcze zanim dołączył Michał, dowiedziałam się, że łączy mnie z Wejda Walczakiem dużo więcej, niż myślałam. Nawet brak otwieracza do konserw! Ale już nigdy nie będę narzekać na moje noże. Co to to nie :P A  potem zrobiło się cytrynowo i przyszedł zawsze przepijający i najedzony Michał, który robi wszystko widelcem. W trójkę już zjedliśmy duuuużo mamb (nawet z tabaką!), miś haribo aka Satan się powiesił, żeby zapobiec końcowi świata, zaskakująco często padało w rozmowach wspomnienie o Kate Perry, Maurycy poczuł dotyk kobiecych rąk i postanowione zostało wyłysienie przez rozchmurzenie. Ale mam nadzieję, że jest jeszcze inna droga, bo inaczej Żona może nigdy nie wyłysieć. Żeby o tym nie myśleć, cytowaliśmy Kapitana Bombę, tatuowaliśmy się (Walczak oprócz gołej syrenki z nogami miał jeszcze inne dziary, nie tylko na rękach, a ja mam najbardziej metaforycznego pacmana na ziemi i jedno jądro większe) i mówiliśmy z krakowskim akcentem. Wszystko po to, żeby na koniec zmaltretować butelkę po cytrynówce i uwolnić deskorolkę. Bo co to byłby za wieczór bez szampana! Przy szampanie moje tabaki stały się cehaujowe a na jednej jest hatifnat, choć trzeba pokładów naprawdę dobrej woli, żeby się z tym zgodzić.  A fajki paliły się w małżeństwie po studencku. I tak od kichnięcia do kichnięcia i od opieprzania za brak odkurzania do... chwalenia za porządek minął mi ostatni dzień wakacji, a nawet zainaugurował się delikatnie październik. I to przyczyniło się do szczurzej żulerii w dniu dzisiejszym, bo po rozpoczęciu roku poszłam z Alą i Szajenką na lancz, przepity zimnym piwem. O godzinie 10.
A jutro mam zamiar oficjalnie zainaugurować rok akademicki i jednocześnie jesienno-zimowy sezon koncertowy, dla odmiany z Mężem.
No, to harówę czas zacząć!


szczur 1/10/roku pańskiego 2010 19:16:54 [komentarzy 1] dorzuć coś od siebie