|
ACID DRINKERS TO NIE JEST POLSKI KLUB!
Naprawdę wielkimi krokami nadciąga kolejny Woodstock. I ogromnie się z tego cieszę! choć sen z powiek spędza mi wizja skakania po kostce w celu skompresowania wszystkich rzeczy, które chcę ze sobą zabrać. Miałam mieć małą zmajstrowaną pomoc w tym względzie, ale plan się posypał razem z motórem. Kupa. Ale zanim pojawi się tu sprawozdanie z najpiękniejszego festiwalu na świecie, powinno się pojawić kilka innych. Ot, choćby z Jarocina. Bo w tym roku komisja festiwalowa w składzie Sąsiadka, Izajasz, Majster i Szczur wybrali się gdzieś między Łódź a Poznań, żeby zobaczyć, z czym się je Jarocin. I okazało się: z ogórkami kiszonymi rozdawanymi za darmochę! No i oczywiście my jemy włosy. A przepijamy naprawdę tanim i naprawdę pysznym winem Bycza Moc. Nawet gdy panowie ochroniarze widzą i proszą o to, żeby usiąść między namiotami, bo za bardzo widać szkło. I muszę powiedzieć szczerze, że bardzo, ale to bardzo wyjazd mi się podobał i nie żałuję ani złotówki z tych stu dwudziestu, które trzeba było wydać na bilet. Być może dlatego, ze zostałam Kasią, bo tak bardziej pasowało i kochaną matką Teresą. A być może dlatego, że wyjazd obfitował w wiele złotych myśli, które powinien znać każdy. Pffff, znaczy nie złote myśli, tylko myte złośli, które kiedyś wydamy jako pomik toezji. Bo oto: kto sika, nie pije. Kto pije, sika. Dalsza część owej myśli jest wysoce niejednoznaczna: Kto sika, maca łe (co to jest łe?). Lub kto sika, maca, łeeeee. Ewentualnie: Kto sika ma całe. Najbezpieczniej chyba zapisać to tak, aby każdy odczytał to, jak chce. Ktosikamacałe. I już. Wracając na chwilę do kwestii żywieniowych, królowali keczupor i majonezator. Potem nie dziwota, że mieliśmy sikwory, żygwory, żygu-siku-żygu i stolec uOrkiestrę. Choć ja jestem przekonana, że to dlatego, że majster o poranku chodził dookoła naszego namiotu i mówił: chrap, chrap! chrap, chrap! czym wkradał się do mojego snu i jeszcze dlatego, że Acid Drinkers to nie jest polski klub! To nie jest polski klub! To nie jest polski klub! W sumie to na polski wyglądał, ta żelazna kondycja Titusa, te o metr chybione wślizgi Ślimaka! I Czesław, strzel bramkę, będzie śmiesznie! W ogóle Kwasożłopy to zjebaaaaaali. Ale nie ma tego złego, co z tego, że Acidzi nie wyszli nawet z grupy, kiedy dowiedziałam się, że Kamil Beznerek będzie grał na Jarocinie! Wprawdzie plan pójścia na jego koncert (tak nie do końca jego, bo jego zespołu, takiego na Starcośtamcośtam, przez co bardzo długo nie byłam świadoma, że wzmianki o Beznerku to nie żarty o.O), żeby zagrać w stópki a Majstereczka nie powyrywała sobie szalonych trzynastek, ale trudno. Znaczy trunkowo. Bo woleliśmy leżeć sobie w cieniu samochodu, pić bądź to wino, bądź szkocką za 12 zł i uciekać przed spragnionymi osami. To ostatnie było nawet zabawne: odkryliśmy, co należy zrobić, żeby zmotywować Sąsiadkę do grania na djembe i że podczas biegania dookoła namiotu osy na chwilę tracą orientację. Koniec końców powstał grób nieznanych os a na głowie Majstra of shadow francuz. Ale najważniejsze z najważniejszych pytań całego pobytu to: czy jest tu piekło? Bo muszę Was uświadomić, że największą gwiazdą tegorocznego Jarocina był niewątpliwie zespół o nazwie Masturbator. Zanim zaczął grać, telebimy obwieściły, iż osoby uważające się za wrażliwe religijnie proszone są o opuszczenie terenu festiwalu, gdyż koncert może obrażać uczucia religijne, powodować mdłości i depresję. Po takim ostrzeżeniu utwierdziliśmy się z Majstrem w przekonaniu, że czekamy. I opłacało się! Wprawdzie nie złapaliśmy piekła za dychę, ale dowiedzieliśmy się, że piekło owo pochodzi w małego kartonika i że I wish you die. Fantastyczny koncert pełen niespodzianek. Coś pięknego. A jak już jestem przy koncertach, to wspomnę, że piątek był zdecydowanie szczurzym dniem. Najpierw Tides From Nebula i spełnienie marzenia: leżenie na zielonej trawce pod błękitnym niebem i wsłuchiwanie się w fenomenalne kompozycje. Wiem, że już mówiłam, że jestem dumna, że Polska ma takie zespoły, ale powtórzę: jestem dumna. I choć rozumiem głosy niektórych, że muzycznie tam nie pasowali, to jednak moim zdaniem rozstrzał gatunkowy na tegorocznym Jarocinie był tak duży, że spokojnie i TFN się tam wkomponowywali. Potem R.U.T.A., koncert, którego byłam bardzo ciekawa i nie zawiodłam się. Chętnie zobaczyłabym ich na woodstocku:) I potem Apocalyptica. Z idealną miejscówką do wyszalenia się, a jednocześnie obserwacji Perttu. Miód na szczurze uszy. Tylko znów nie było Path. Oni chyba chcą, żebym jeszcze kiedyś przyjechała na ich koncert! A co do innych dni: setlista Acidów była zaskakująco fajna, Bad Religion wyglądają przedziwnie, inaczej wyobrażałam sobie ich na scenie. Na szczęście muzycznie nie zawiedli. A Luxtorpeda zagrała koncert niemal identyczny, jak na slocie. Z Roguckim szanujemy się nawzajem, więc wyszłam z pola koncertowego na długo przed jego koncertem a Myslovitz brzmiało fajnie... słuchane w namiocie. I wiecie, że była ściana śmierci? Znaczy: Tyś widział ścianę śmierci! A wszystko dzięki Piotrusiowi, bo to nie jego włosy, to schauma! On nie wiedział, gdzie ma zostawić glany, a my nie wiemy do tej pory, co to jest czeta. Nawet gdy Prorok siedzi w mojej głowie i nie chce z niej wyjść. Nawet jak Majstrem szatan smyra tak, że szczur pięć metrów pod tojkami myśli, że się posika. Nawet podczas przechodzenia przez ogrodzenie. Ale cóż, Jarocin skończył się bardzo szybko i trzeba było wracać, bo potem czekała niespodziewana wyprawa do Czecho. Oczywiście nasz przebiegły Mąż zorientował się w planie, ale na pewno nie sądził, że pobyt Żon będzie miał taki przebieg. Tak czy inaczej uświadomiłam sobie, jak bardzo tęskniłam za Czechowicami, Czechowiczanami a nawet za Primusem! A rano mieliśmy wyjebaaaaaane, a Żona, gdy otworzyła w końcu oczy, o kurwa, widziała nas. A wiecie czemu? Bo jarzę bina! I Acid Drinkers to nie jest polski klub! To taka prawda rzyciowa z rzyci(a) na gorąco. Słowem: Rzyć nie umierać! Oczywiście nie ma takiego umierania (to głównie do żony kieruję te słowa), bo w weekend było wesele, o wiele lepsze, niż się spodziewałam. Stiffi Steffi król parkietu wymiatał, ale tylko po kilku głębszych, wujek Adam przedstawiał się pięć razy, ale na poprawinach i tak nas nie pamiętał, za to usiadłam sobie genialnie koło kuzynki, z którą miałyśmy dobrą współpracę: ja wyjadałam z koreczków ser i łososia, a ona faszerowane oliwki. Każda z nas była zadowolona z takiego podziału :D Dorotka zwierzyła się, że śpi z wykle albo z synem a z Przemkiem powspominaliśmy stare, dobre czasy Kiełbasy Azora i Banana Cukini, a podczas rozmowy z bratem mamy dowiedziałam się, że on kiedyś też bawił się w pogo. Tylko ej, Marzena ma jeszcze nie polane, no co to ma być? Bo powiedz tylko Marzenie. I rym cym cym i hopsa sa! Nie ma to jak nawiązywać kontakty dzięki Rammsteinowi :D A po weselu trza się było kopsnąć do Czecho, znaczy Pszczyny, czyli mówię, że Jebia. Bo wrócił Siur! Cieszmy się i weselmy! To niezła Radocha! dlatego kąpaliśmy się w basenie z kulkami, urządzaliśmy zawody i naparzaliśmy się kulkami. No i była pyszna kawa i smaki dzieciństwa. A kiedy już dotarliśmy do Jebia zobaczyłam pokój, z którego śmiało mogłabym nie wychodzić przez parę miesięcy. Tyle książek! I inne fajne drobiazgi z mieczem za łóżkiem na czele. Naprawdę bałam się, że pozostawienie go w miejscu naszej posiadówy zaowocuje czymś złym, na szczęście się pomyliłam. A przynajmniej co do źródła zła :P A że tam klosz się stłukł czy półka spadła... co tam! Bo było piwo, wino, wódka, whisky i w ogóle mieszanka studencka. I twoja sztarda, która nie ma mymion. Było na tyle fajnie, że postanowiliśmy zostać u braci p(k?)okornych dzień dłużej, więc ugotowałam makaron ze szpinakiem, obejrzeliśmy Charliego i Fayah i dowiedzieliśmy się, że jak się obróci na pięcie i spadnie na pięciu, to będzie spięcie napięcia u pięciu. A wszystkiemu towarzyszył proroczy kac i piosenka kupiska: 'Przy mnie błądź! Przy mnie błąąąąądź!' A pojucze już wyjazd i prawie tydzień błogiego woodstockowania z mnóstwem rocznic do obchodzenia z frankiem! Rzyć nie umierać!
PS wyszła trochę niecenzuralna nota, ale co zrobisz? Zresztą tyś widział niecenzuralna!
|